Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

15 - 24/06/2018

fot. M. Zakrzewski
Galeriafot. M. Zakrzewski

Wtorek, 22 marca 2016

Zamachy w Brukseli. Gdy piszę ten tekst, docierają do mnie obrazy i słowa. Najdotkliwsze jest wrażenie, że do nich powoli przywykłam. Kilka miesięcy temu, po zamachach w Paryżu, byłam straszliwie pogubiona. Teraz czuję, że ta rzeczywistość jest mi już znana. Reakcje. Podejmowane kroki. Wygląda to mniej więcej znajomo. Zamachów boję się już mniej, i właśnie to mnie przeraża najbardziej.

Kasia Tórz, programerka współtworząca Malta Festival w Poznaniu, zaproponowała mi współpracę nad Idiomem w ramach edycji Festiwalu w 2016 r. Punktem wyjścia dla naszego duetu jest związek między aktorem, świadkiem i widzem. Czy ważne jest rozróżnienie tych poszczególnych ról, tych różnych sposobów uczestnictwa? Szczerze mówiąc, teraz sama już nie wiem.

Widz pozostaje w bezpiecznym miejscu, nie obawia się o swoje życie. Jego połączenie z tym, co widzi, jest pośrednie, hipotetyczne – myślą, czuciem. Świadek znajduje się w środku akcji, spogląda z perspektywy jej epickiego centrum, którego może dotknąć i które może pochłonąć. Aktor, jako jedyny, uczestniczy w akcji, nie może zostać od niej odsunięty, jest za nią odpowiedzialny. Kto dzisiaj na stacji metra był widzem bądź świadkiem? I czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Moje doświadczenie mówi mi, że lepiej jest być tam, gdzie toczy się akcja. W nocy dzwoni telefon. Przed chwilą zakończyła się nieplanowana operacja mojego brata. To, co znaleziono w jego brzuchu, to najprawdopodobniej rak. Jest przy nim moja mama i moja siostra. A ja jestem w domu i nie mogę wyjść. Dopiero rano pojechałam do szpitala. Nerwy, nudności, absolutna niemoc, którą odczuwałam w nocy, to wszystko ustąpiło, gdy tylko weszłam do sali w szpitalu, zobaczyłam go, mogłam usiąść przy jego łóżku, trzymać go za rękę. Stawić czoła, spojrzeć w oczy – tego nie da się zrobić na odległość. I tak pozwalam się wciągnąć w racjonalne wiry.

Zmarł mój przyjaciel. Jestem w jego domu, z jego żoną i dziećmi. Przygotowujemy zupę, obieramy warzywa, gotujemy wodę. Działamy, robimy coś konkretnego. To pomaga.

Z dystansu możemy co najwyżej wyrobić sobie ogólne pojęcie. Radio, telewizja, internet. Blogi rosną w siłę. Wypowiadają się eksperci. Raz tylko spekulujemy, kiedy indziej wiemy na pewno. Politycy udają, że kontrolują sytuację, a tak nie jest. Nikt dokładnie nie wie, co ma się teraz wydarzyć. Wszyscy stoją pośrodku tejże chwili, pośrodku tego zagubienia. Stajemy się niewolnikami myśli, że wiemy, że obejmujemy rzeczywistość umysłem, a przecież wszystko jest pogrążone w chaosie.

Także w teatrze tworzymy pozory ogólnego zrozumienia sytuacji. Widownia jest skonstruowana w taki sposób, żeby wszyscy mogli wszystko widzieć, tak oto zapewniamy sobie ukojenie. Iluzyjność patrzenia z wieży obserwacyjnej. Zajmujemy miejsce na górze i obserwujemy z ciemności. Dla mnie, dzisiaj, wiara w to miejsce – oderwane od ziemi, ukryte w ciemności, usytuowane poza sceną – straciła swoją moc. Nie wierzę, że istnieje miejsce, w którym możemy się schronić, z którego możemy w spokoju się przyglądać. Jednocześnie brakuje mi go bardziej niż kiedykolwiek. Ciszy wokół mnie. Skupienia. Ustawienia ostrości na to, co ważne i zapomnienia o reszcie.

Czy możemy sobie wyobrazić, że jesteśmy obserwatorami, z bezpiecznej pozycji i w pełni świadomie patrzącymi na świat? To bliskie epickiej tęsknocie Brechta. Oddech wiedzy i niewiedzy, wiary i niewiary, zapomnienia, przypomnienia i ponownego zapomnienia. Zapomnienia o sobie jako widzu, rozmycia się w tym, co obserwuję na scenie. I zaraz wraca nagła świadomość, że istnieję, siedząc w ciemnościach na krześle, że akcja toczy się nie tylko na scenie, że ja też jestem jej częścią, gdy patrzę i z setkami innych osób współtworzę audytorium.

Patrzeć to być w akcji. Przez przyglądanie się łączę się ze światem wokół siebie. Dotykam go swoimi oczami. Tak to odczuwam. Moje spojrzenie błądzi po pokoju. Krzesła, podłoga, okno. Czuję się połączona z zimną okienną szybą i tym, co za nią, z ogrodem, drzewami na zewnątrz. Odczuwam to tak, jakbym badała rzeczy obserwowane z oddali, prześlizguję się po nich, ostrożnie je muskam. Nadal siedzę na swoim krześle przy kuchennym stole. Jednak czuję więź z murem z cegieł po drugiej stronie ulicy, daleko od siebie. Moje oczy spoczywają na czerwieni gliny i liniach cementu. Wyobrażam sobie, jak to jest być tam, jak być tym murem.

Filmy, zdjęcia, słowa przelewają się przez Facebooka i serwisy internetowe. Zdjęcie pewnej kobiety wrzyna się w moją siatkówkę. Jest poturbowana, zdruzgotana. Ubranie w strzępach, górna część ciała obnażona. Czy chcę to widzieć? Czy wolno mi na to patrzeć?

Byung-Chul Han, współczesny filozof, porównuje nowoczesnego człowieka do dzikiego zwierzęcia. Wszędzie czyha na nas niebezpieczeństwo. Jesteśmy niczym hieny, które na stepie zdobywają swój łup, zawsze czujne, nieustannie świadome zagrożenia atakiem i pożarciem.

Widz zwalnia samego siebie z obowiązku natychmiastowego reagowania. Może się całkowicie otulić patrzeniem i nie poddawać przemianie tego, co widzi. Przynajmniej nie w chwili patrzenia. Możemy też odłożyć tę rolę, opuścić teatr i przejść do działania, wyburzyć mury, wybudować mosty. Gdy jednak zasiadamy na widowni, wolno nam się przyglądać, poświęcać całą uwagę temu, co widzimy. Oddanie się roli widza, przyznanie sobie do niej prawo – staje się w ten sposób świadomym nie-działaniem. Wypadamy z toru toczącego się potencjału.

Dzisiaj jest inaczej. Pozwalam sobie nie być widzem. Czuję się świadkiem i czuję się w obowiązku, by przejść do działania. Od razu dzielę się tym, co widziałam, przekazuję to dalej, określam swoją pozycję, wskazuję na siebie (zobaczcie mnie – to widziałam). Patrzycie na zachód słońca, a waszą uwagę odciągają od niego gotujące się ziemniaki, telefon, który dzwoni, dzieci, które chcą pójść do toalety. W tym czasie widzicie obrazy spustoszenia w Brukseli. Nie panujecie nad tą żałosną wielowątkowością. Robicie zdjęcie zachodowi słońca. Wrzucacie na Facebooka. Dowodzicie, że patrzyliście.

Znów przychodzi mi na myśl tamta noc, gdy mój brat leżał w szpitalu z diagnozą raka, a ja byłam w domu i nie mogłam wyjść. Nigdy nie zapomnę, jak moim ciałem szarpały nerwy. Chciałam coś zrobić, a nie mogłam nic. Więzimy siebie samych właśnie w tym uczuciu. Jesteśmy apatycznymi świadkami, biernie zaangażowanymi, obecni, lecz sparaliżowani. Sprawiamy wrażenie uchwyconych niczym zając w świetle reflektorów przez wiedzę i widzenie na odległość.

Aktor, świadek, widz. Odgrywamy wszystkie te role jednocześnie. Problemem jest właśnie niemożność rozróżnienia. Tak teraz to pojmuję. To paraliżująca świadomość. Nie mieć odwagi, by określić własny stosunek do działania, nie wypowiadać się jasno na temat swojego zaangażowania. Z jednej strony to zrozumiałe, z drugiej – świadczy o braku samodyscypliny. Przyzwoleniu na oddanie się prozie życia.

„Jesteś swoim własnym schronieniem”. Przeczytałam to zdanie w wieku 18 lat w broszurze o buddyzmie, pisząc wypracowanie na lekcję historii. Nie opuszcza mnie ono od tamtej chwili. Jesteś swoim własnym schronieniem. Mogę odpocząć, obserwując. Mogę odpocząć, działając przez obserwowanie. Wszystko naraz mnie męczy. Jeśli jednak mam odwagę dokonać wyboru, jeśli tylko mam odwagę przenieść się do epickiego centrum swoich własnych działań, mogę odpocząć, cokolwiek robię.

Paradoks widza

Paradoks widza jest paradoksem bycia daleko i blisko jednocześnie. Odseparowania się od przedmiotów, osób i sytuacji, którym człowiek się przygląda, i jednocześnie nawiązywania z nimi więzi, gdy je śledzi. Te ruchy oddalania się i przybliżania nastają podobnie. Widz odróżnia siebie od innych i jednocześnie przez obserwację staje się ich częścią. Próbujemy stworzyć przejrzysty układ, pozycjonując siebie jako obserwatorów świata przed nami, wiedząc, że to wszystko dzieje się wokół nas i nigdy nie będziemy dysponowali pełnym obrazem, nie będziemy sprawować kontroli. Jesteśmy w środku i na zewnątrz jednocześnie. Wyzwaniem jest zachowanie tej paradoksalnej sytuacji, tej przestrzeni zagubienia, bez rozwiązania. Wyzwaniem jest przejście przez nią, doświadczenie jej, odkrycie.

Wraz z zespołem Malty (osobami zajmującymi się programem, koordynacją, produkcją, komunikacją i edukacją) stworzyłam dla Was program, który na to pozwoli. Pozwoli Wam się zatrzymać w polu zagubienia, poruszać się po przestrzeni niewiedzy. Oddajemy do Waszej dyspozycji przestrzeń teatralną, dając możliwość zarówno doświadczenia w niej wyczerpującego chaosu współczesnego świata, jak i znalezienia w niej schronienia. To jest dzisiaj wyzwanie.

LOTTE VAN DEN BERG
KURATOR IDIOMU

tłumaczenie z języka holenderskiego: Agnieszka Bienias