Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

21 - 30/06/2019

Pod podszewką partytury

rozmowa Tomasza Cyza z Agatą Zubel

Tomasz Cyz: Jak to jest być dwa w jednym?
Agata Zubel: Bardzo przyjemnie.

Domyślam się, ale…
Możliwość obcowania z muzyką z dwóch odmiennych perspektyw – wykonawcy i kompozytora – pozwala na pełniejsze rozpoznanie materii muzycznej. Bycie jednocześnie twórcą i odtwórcą wspaniale się uzupełnia. Ale to prawda – czasem bywa ciężko. Są to dwa zupełnie inne tryby życia. Jako wykonawca bardzo dużo podróżuję, koncertuję, a do napisania utworu chciałoby się mieć ciszę i spokój. Nie umiałabym jednak wybrać, nie zrezygnowałabym ze śpiewania dla komfortu pisania.

Powiedziałaś kiedyś, że każdy kompozytor powinien być wykonawcą, a każdy wykonawca kompozytorem.
Tak, po kilkunastu latach działalności na obu polach nadal to podtrzymuję. Wydaje mi się, że wtedy dopiero muzyka może do nas dotrzeć z całą swoją złożonością. Kompozytor powinien znać zagadnienia wykonawcze, żeby pisać dla żywych muzyków, a nie tylko na papierze. Natomiast każdy wykonawca powinien choć raz spróbować coś napisać, żeby wiedzieć, co kompozytor ma w głowie, kiedy zapisuje nuty na papierze. Przecież tak naprawdę nie chodzi o te nuty, ale o jakąś ideę kompozytorską, zamysł, o sprawę do przekazania, jeśli mogę pozwolić sobie na taką górnolotność. Oczywiście jako wykonawcy musimy się tych wszystkich, czasem bardzo trudnych, skomplikowanych partytur precyzyjnie nauczyć, ale to jest tylko powierzchniowa warstwa tego, co jest ukryte gdzieś za nutami, pod podszewką partytury. To jest chyba istotą wszelkiej sztuki, nie tylko muzyki.

Dawniej kompozytor był niemal zawsze wykonawcą. Żeby wymienić gigantów muzyki: Bach, Mozart, Beethoven, Schumann, Chopin – wszyscy wykonywali swoją muzykę, jeszcze Mahler dyrygował – może częściej operami innych kompozytorów, ale… XX wiek to wszystko powywracał do góry nogami. Śpiewacy narzekają nieraz na partytury Krzysztofa Pendereckiego, który nigdy nie był wokalistą i traktuje głos czysto instrumentalnie, na granicy wykonalności. Masz o tyle łatwiej, że piszesz dla samej siebie – i wiesz, na co możesz sobie pozwolić.
To pozorne ułatwienie. Niestety nie oszczędzam wokalistów i potem sama padam ofiarą własnych pomysłów kompozytorskich. Ale nauczenie się partytury – czasem rzeczywiście bardzo trudnej – to tylko część pracy. Dla mnie najbardziej fascynujące w przygotowywaniu nowych utworów jest poszukiwanie odpowiedniego dla danej kompozycji rodzaju głosu. Lubię szukać w głosie kolorów i odcieni, nierzadko również radykalnych środków wyrazu. To coś, co jest szalenie ekscytujące w nowej muzyce, gdzie często bierzemy udział w prawykonaniu utworu i to, że nie istnieją kanony wykonawcze wymaga, abyśmy mieli odwagę sami je stworzyć. 

Krzyczysz czasem na siebie samą? 
Oj tak! Bardzo często się zdarza, że Agata Zubel - wokalistka krzyczy na Agatę Zubel - kompozytorkę.

A nagrywasz to?
Te krzyki? Nie, jeszcze nie, ale może rzeczywiście to jest dobry pomysł. 

Powinnaś. Dziś należy archiwizować wszystko, szczególnie przy dostępnej technologii. Potem zawsze możesz te krzyki wykorzystać w jakiejś kompozycji na głos i taśmę… Żarty żartami, odłóżmy je na bok. Jak to się u ciebie zaczęło z muzyką?
To jest dla mnie samej bardzo ciekawe, bo w domu rodzinnym właściwie nie było muzyki. Rodzice są związani z naukami ścisłymi, z politechniką, mama jest specjalistką w nanotechnologii – to trudne tematy, nie chciałbym się w nie zagłębiać…

Choć raz się zagłębiłaś, bo w „Kwartecie smyczkowym nr 1” na cztery wiolonczele i komputer inspirowałaś się właśnie tym, czym zajmuje się twoja mama. To jak się zaczęło?
Sama czasem się zastanawiam, dlaczego rodzice wymyślili, żeby mnie wysłać do szkoły muzycznej. Choć jedno zdarzenie mogło być decydujące. W przedszkolu było pianino. Dzieciom nie wolno było na nim grać, ale kiedy późnym popołudniem zostawało już tylko kilkoro dzieci, wtedy można go było ewentualnie dotknąć. I kiedy wszystkie dzieci prosiły swoich rodziców, żeby odebrać je jak najwcześniej, to ja błagałam, żeby to było jak najpóźniej. Wiedziałam, że gdy zostanę na koniec dnia sama, to będę mogła sobie na tym pianinie pobrzdąkać.

Nie ma nagrań z przedszkola?
Raczej nie. Ale ten obrazek bardzo dobrze pamiętam z wczesnych lat – i być może to właśnie sprawiło, że zaczęłam naukę w szkole muzycznej. Taki był początek. W szkole grałam na instrumentach perkusyjnych – kilkanaście lat, co na pewno w jakimś stopniu ukształtowało świat brzmieniowy, który mam do dzisiaj w sobie. Bo instrumenty perkusyjne to nie tylko bębny, marimby, wibrafony, lecz także ogromny świat odgłosów drobnych i dziwnych, brzmień bogatych i bardzo różnorodnych. Fascynujący świat! A literatura na instrumenty perkusyjne pochodzi głównie z XX wieku – bo te instrumenty, mimo że w pewnym sensie są jednymi z najstarszych, to w muzyce klasycznej istnieją jako pełnoprawne, solowe, od niedawna. Dopiero XX wiek sprawił, że to instrumentarium zawitało w przestrzeń muzyki artystycznej. Dlatego, kiedy uczyłam się grać na instrumentach perkusyjnych, miałam przede wszystkim kontakt z muzyką nową, repertuarem XX-wiecznym.

(...)

Wywiad ukazał się w czasopiśmie „Ruch Muzyczny” (Nr 09/2015) – całość można przeczytać na stronie ruchmuzyczny.art.pl