Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

21 - 30/06/2019

Religia nie ma znaczenia

Fragment wywiadu Michaliny Mikulskiej ze Stefanem Hertmansem, który można w całości przeczytać na stronie Rzeczpospolitej

Rzeczpospolita: Co było inspiracją do napisania książki „Głośniej niż śnieg"?
Stefan Hertmans: Bruksela

W którym roku Pan ją napisał?
W latach 2002-2003.

Serie zamachów w Brukseli i w Paryżu miały miejsce ponad dekadę później...
Kiedyś górnicy zabierali ze sobą do kopalni kanarki. Jeśli ptaki zaczynały panikować, wiadomo było, że w korytarzach nie ma wystarczającej ilości powietrza. Pisarze są kimś w rodzaju takich kanarków w kopalni.

Chce pan powiedzieć, że przewidział, iż dojdzie do zamachów w Europie?
W pewnym sensie tak.

Nie określa pan, gdzie dokładnie dzieje się akcja „Głośniej niż śnieg". Ani jaka grupa terrorystyczna odpowiada za serię zamachów, które pan opisuje. Pana redaktor John de Vuyst to taki bohater uniwersalny?
Jak Józef K. z „Procesu" Kafki. W książce jest zresztą takie zdanie, które nawiązuje do ostatniego zdania „Procesu". Tego o psie.

Seria ataków terrorystycznych, chociaż dzieje się daleko od głównego bohatera, wywiera wpływ na jego życie. Chciał Pan w ten sposób pokazać, że tragedie rozgrywające się daleko od nas, jak te w Brukseli, mogą wpływać na nasze życie?
To dosłownie stało się w Brukseli. Wydawało się nam, że możemy dać sobie radę z naszą muzułmańską społecznością, która przyjechała tu 30-40 lat temu na zaproszenie rządu belgijskiego. Podobnie zrobili Niemcy czy Francuzi. Myśleliśmy, że imigranci sami urządzą się w nowej rzeczywistości, gdyż demokracja to samoregulujący się ustrój, więc wszystko się ułoży. Pierwsze pokolenie było wdzięczne za to, że mogło przyjechać do Belgii, drugie ciężko pracowało na swój byt – zakładali restauracje, działali na rynku budowlanym, bogacili się. Trzecie pokolenie stwierdziło: my też jesteśmy Belgami, urodziliśmy się tu, dlaczego nie możemy mieć takich samych możliwości jak wy? I co poszło nie tak? Ci młodzi ludzie wcześnie przestali chodzić do szkoły, dali się wciągnąć w uliczną przestępczość, wreszcie stali się dżihadystami.

Praktycznie nigdy nie wpada się w dżihadyzm z powodów religijnych. Tylko z powodów społecznych, narastającej frustracji.

Kraje Zachodu nie rozumiały do końca tego, co nadchodzi. Co więcej, byliśmy tak pewni siebie w Belgii, że nasz król Baldwin, bardzo katolicki władca w latach 60. poprzedniego wieku udostępnił Arabii Saudyjskiej Wielki Meczet w Brukseli w ramach 99-letniej dzierżawy. Co przez to zaimportowaliśmy? Salafickich immamów z własnymi interpretacjami Koranu. Wszyscy ci młodzi ludzie, o których się nie zatroszczyliśmy, sądząc, że skoro mamy demokrację, sami odnajdą się w naszej rzeczywistości, ulegli radykalizacji. Było coś w naszym sposobie myślenia o tym, że rozwiążemy problem, który rodził się w naszym kraju, co było złe.

Wojnę w Zatoce Perskiej Saddam Husajn próbował przedstawić jako konflikt religijny, a Amerykanów jako krzyżowców. Świat arabski był sfrustrowany tym, co działo się na tej wojnie. Ale krucjata? Obecnie w naszych supermarketach, w naszym metrze niewinni ludzie są zabijani, a ISIS mówi, że to są krzyżowcy.

W książce ataki terrorystyczne dzieją się niejako w tle, a w centrum jest strach człowieka.
Myślę, że ta książka jest o niepokoju i paranoi. To pierwsze, co ma miejsce w Brukseli. Mimo to żyjemy dalej. Jeździmy metrem, tramwajem. Chodzimy na koncerty, do teatrów. Terroryści chcą, byśmy zastopowali nasze życie. Możemy pokazać im środkowy palec i żyć dalej.

(...)