Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij
Galeria

DOROTA SEMENOWICZ: Malta obchodzi w tym roku 30. urodziny. Podobno w życiu człowieka trzydziestka to czas pierwszych podsumowań, autorefleksji, rozliczeń z samym sobą. Zacznijmy więc nasze jubileuszowe podsumowanie od pozytywów. Co uważasz za największy sukces festiwalu Malta?

MICHAŁ MERCZYŃSKI: Wolę używać słowo „wartość”. Myślę, że wartością Malty jest artystyczny aspekt pokazywanych na niej projektów. To łączy wszystkie 30 edycji, łącznie z tą „w czasie zarazy”. Oczywiście ta wartość wyrażała się w bardzo różnych językach scenicznych czy potem muzycznych i tanecznych. Chcieliśmy zawsze pokazywać nie tylko rzeczy ważne artystycznie, lecz także otwierać nowe ścieżki postrzegania sztuki. Malta była przecież pierwszym festiwalem w Polsce, który wyszedł ze swoich ram. Zaczynaliśmy jako festiwal teatralny, głównie plenerowy, potem pojawiły się muzyka i wielkie koncerty (niektórzy komentowali, po co muzyka na festiwalu teatralnym), opery, różne przedsięwzięcia taneczne. Dzisiaj Malta jest festiwalem wielowątkowym, aczkolwiek teatr jest i był jej najważniejszym elementem. Wiele festiwali w Europie i na świecie tak działa: pokazuje różne dziedziny sztuki, ale ma swój główny korzeń. Kontekstualność życia kulturalnego jest w ogóle cechą dzisiejszych czasów. Jeżeli robimy operę Czarodziejska góra, to zapraszamy np. wybitnych polskich pisarzy i pisarki, żeby dyskutowali o swojej recepcji Manna, pokazujemy adaptacje filmowe jego powieści – kontekstualizujemy sytuacje, które są ważne w danym roku. To po prostu poszerza naszą propozycję, to, o czym chcemy rozmawiać z naszymi artystami i widzami. Część pokazywanych spektakli była naszą koprodukcją – często z premierą w Poznaniu. Już od drugiej edycji Malta nie tylko pokazuje projekty gotowe, lecz także współtworzy wydarzenia. To również buduje jej wartość.

Drugą ogromną wartością Malty jest jej publiczność. Co roku przez „normalną” Maltę przetacza się około 90 tysięcy osób. Ta rzesza widzów się nie zmienia, mimo że sam festiwal bardzo ewoluował przez lata. Nawet w tym roku, przy wszystkich obostrzeniach związanych z COVID-19, publiczność z nami została. W festiwalu wzięło udział 22 tysiące osób – na osiedlach, gdzie pokazywaliśmy wybrane spektakle, na łące na Wilczaku, gdzie zrobiliśmy minifestiwal. Ponad 60 tysięcy brało udział w różnych wydarzeniach online.

Myślisz, że Malta ma wierną publiczność?

Pewnie jest grupa, która śledzi Maltę intensywnie, ludzie teatru, „eksperci”. Nasz międzynarodowy program bywał dosyć unikatowym przedsięwzięciem w skali ogólnopolskiej. To jest na pewno wierna grupa, ale ona nie jest liczna. Na drugim biegunie mamy przygodną publiczność. To ludzie, którzy po prostu „potykają się” o Maltę. Wchodzą w nią, nawet tego nie planując, bo Malta rozgrywa się w przestrzeni publicznej miasta, w różnych jego częściach. W Generatorze na placu Wolności nie stawiamy barierek, większość wydarzeń jest bezpłatna, niebiletowana. Wystarczy się zatrzymać i patrzeć. Jest też poznańska publiczność, która na Maltę czeka. W latach 90. festiwal pozwalał poznaniakom być razem po czasach komuny, był „eksplozją teatralności” – Julek Tyszka w słynnym tekście Szkoła bycia razem w 1993 roku nazwał i opisał fenomen tego wielotysięcznego tłumu, który spotykał się nad Jeziorem Maltańskim czy w okolicach Starego Rynku, by oglądać spektakle Ósemek, Pippo Delbono i innych artystów. Oczywiście są już kolejne pokolenia maltańczyków, a ludzie z mojego pokolenia mniej w niej uczestniczą. Często są też nośnikami nostalgii za latami 90., sentymentalnej opinii, że kiedyś było wspaniale i to się skończyło.

Są „obrażeni” na Maltę?

Pewna część tak, można tak powiedzieć. Jednak ci widzowie z lat 90. są bardzo zróżnicowani. Jedna część uczestniczy w bardzo różnych przedsięwzięciach kulturalnych. Po prostu nie musi czekać na to, co przyjedzie do Poznania. Z racji wieku i możliwości, które dają dziś otwarte granice i trochę gotówki, może pojechać na spektakl czy koncert nawet za granicę. Jest też inna grupa – ta nie uczestniczy w Malcie, bo „to już nie to samo”. Zawsze przytaczam wypowiedź jednej z takich osób. Pytam się jej: „No dobrze, ale byłeś na czymś ostatnio?”. „No nie”. „A co lubisz robić najbardziej?”, „Oglądać dobre filmy w domu na Netflixie”. Ja nikogo nie krytykuję. Mnie się wydaje naturalne, że główną publiczność Malty tworzą ludzie w wieku około 30 lat. Duży festiwal wymaga pewnego zaangażowania, wysiłku – trzeba sobie ułożyć własną ramówkę – gdzie się idzie i kiedy – bo na dużym festiwalu równolegle dzieją się różne rzeczy. To jest przywilej grupy, która kończy liceum, jest na studiach czy zaraz po. Ci ludzie po prostu najbardziej chłoną rzeczy, które się dzieją wokół. Oni są też najwybredniejsi, bo wiedzą, że dzieje się równolegle dużo innych wydarzeń, także festiwalowych, w samym Poznaniu, i w ogóle w Polsce.

Powiedziałeś, że publiczność Malty to głównie ludzie około trzydziestki. Jednak część maltańskich wydarzeń jest w kontrze do ich oczekiwań, np. spektakl Krystyny Jandy w tym roku. Programujemy wydarzenia, które są przez tę grupę bardzo krytykowane i…

…kontestowane? Podałaś przykład Krystyny Jandy. Z powodu COVID-19 tegoroczny festiwal był czymś zupełnie innym niż poprzednie edycje. Mnie zależało na pokazie Jandy, bo kolejne propozycje mobilnej Malty były już mniej „mainstreamowe”. Shirley Valentine to teatr popularny na najwyższym poziomie, bardzo dobrze napisana sztuka zagrana przez jedną z najwspanialszych polskich aktorek. Sama wiesz, że na wiosnę program tegorocznej edycji legł w gruzach. Jeszcze 3 marca gościliśmy Pierre’a Berthelota z teatru Générik Vapeur, który w tym roku miał otwierać Maltę wielkim plenerowym spektaklem. Po 10 dniach nastąpił lockdown i byliśmy w zupełnie innym świecie. Cztery razy zmienialiśmy koncepcję Malty. Pamiętasz te zoomy, które robiliśmy – co robimy, jak robimy? W końcu któregoś dnia nasza księgowa, Kasia, powiedziała, że życie toczy się obecnie na balkonach i właściwie powinniśmy pomyśleć o zrobieniu czegoś, co da się z tych balkonów oglądać, zamiast koncentrować się na placu Wolności. To się przerodziło w pomysł, żeby wyjść do ludzi na blokowiskach, do widzów o bardzo różnych gustach. Shirley Valentine Jandy była taką propozycją dla wszystkich, mimo iż ten styl rzadko pojawia się na Malcie. Potem pokazywaliśmy Turnus mija, a ja niczyja Cezarego Tomaszewskiego czy Piosenki na koniec świata Maćka Podstawnego. Na otwarcie szukaliśmy spektaklu powszechnego na jedną, dwie osoby, bo nie byliśmy pewni, co się będzie działo: jak duże spektakle możemy zaprosić, ilu widzów wpuścić przed scenę. Ostatecznie restrykcje sanitarne pozwoliły ustawić 150-osobową widownię. Ktoś dalej siedział na trawie, ale największą grupę widzów stanowili ludzie na balkonach, które stały się naturalnymi lożami. Pili wino, pili piwo, pili herbatę, dłubali w nosie, oglądali.

Podałam przykład spektaklu Krystyny Jandy, ale wydarzeń będących w kontrze do naszej głównej publiczności jest więcej.

Jest więcej, oczywiście. Ja wręcz mam poczucie, że przy naszym bardzo silnym programie artystyczno-społecznym, jakim jest kuratorowany przez Asię Pańczak Generator Malta, za mało myślimy o tej najstarszej widowni. W przyszłym roku będziemy starali się coś z tym zrobić. Malta powinna docierać też do innych ludzi. Skoro mamy bardzo silny i rozbudowany program dla dzieci i młodzieży, a nawet powiedziałbym z młodzieżą, bo tworzymy go wspólnie z licealistami, to dlaczego nie poszukać kontaktu z seniorami, którzy są coraz liczniejszą grupą w naszym społeczeństwie?

I grupą powracającą na Maltę regularnie. Są wydarzenia, na których co roku rozpoznaję te same twarze.

Tak, oni bardzo często przychodzą na plac, w tym roku pojawili się licznie na osiedlach. No, ale większość widzów była jednak około trzydziestki. Miejmy tego świadomość, ale nie kierujmy przekazu tylko do jednej grupy – wiekowej czy społecznej.

Dużo się mówi o nowatorstwie Malty. Dziś łączenie różnych dziedzin sztuki na festiwalu nie jest niczym nowym. Sam powiedziałeś, że wiele festiwali w Europie rozrasta się wokół jednego rdzenia. Czym Malta dziś wyróżnia się na tle innych festiwali?

Malta ciągle się zmienia, ale nie robimy ze zmiany jakiegoś fetyszu. Wynika ona z potrzeby, którą my jako organizatorzy odczuwamy, ponieważ świat wokoło nas się zmienia. Ostatnim maltańskim przełomem było wprowadzanie Idiomów – zaproponowanych przez Kasię Tórz, przez lata programerkę Malty. Zaczęliśmy wtedy budować program międzynarodowy wokół określonej idei i do tej budowy zapraszaliśmy artystę ze świata teatru czy sztuk performatywnych. Określaliśmy temat, zastanawialiśmy się, dla kogo mógłby on być interesujący, i wybrany artysta ten temat filtrował przez swoją wrażliwość, proponował artystów, którzy tej wrażliwości odpowiadali. Na początku była spora grupa kontestujących te rozwiązania. Później zaczęto je doceniać. To był na pewno bardzo nowatorski sposób programowania festiwalu, bez dyrektora artystycznego, wokół określonego tematu. Potwierdzeniem tego była przyznana nam nagroda, EFFE, Europe for Festivals, Festivals for Europe – nagroda ustanowiona wspólnie z Komisją Europejską przez EFA, czyli European Festival Association. Malta zwyciężyła już w pierwszej edycji. Była jednym z 12 festiwali w Europie, które otrzymały ten tytuł na dwa lata.

Malta wprowadzała nowe rozwiązania jednak i wcześniej. Już w trzeciej edycji musieliśmy zdecydować się na jakoś program, bo wszyscy chcieli na Malcie występować, a nie wszystko można było pokazać. Podpatrując różne francuskie rozwiązania, podzieliliśmy Maltę na program główny, do którego zapraszaliśmy kilkanaście zespołów; na Poznań na Malcie, bo poznańskie teatry chciały w czasie Malty grać, wiedząc, że przyjeżdżają wtedy widzowie spoza Poznania, a nawet spoza Polski. I był trzeci, największy program – Malta off. W jego ramach pokazywaliśmy najróżniejsze spektakle, od małych do bardzo dużych, od kuglarza i mima, którego tak pięknie opisuje w swoim tekście na 30-lecie Janek Czapliński, po projekty np. Komuny Otwock, czyli teatr zaangażowany społecznie, operujący zupełnie innym językiem teatralnym. Komuna zdobyła zresztą naszą nagrodę, Offeusza, czyli możliwość sfinansowania spektaklu z premierą na Malcie. Takie ułożenie programu było czymś nowym jak na tamte lata w Polsce.

Potrzeba nowych rozwiązań pojawia się co jakiś czas, ponieważ zmieniają się estetyki, zmienia się język teatru, my się zmieniamy jako widzowie. Ja jestem widzem. Oczywiście jestem dyrektorem festiwalu, ale moja wrażliwość jest wrażliwością widza – kieruję się w znacznym stopniu tym, żebym jako widz czuł się dobrze. Profesor Krystyna Zamiara, moja nieżyjąca już profesorka z kulturoznawstwa, z którą mieliśmy zajęcia z teorii i percepcji dzieła sztuki, przez rok wykładała nam różne, bardzo skomplikowane teorie odbioru. Na ostatnich zajęciach powiedziała tak: „A teraz chciałam państwu powiedzieć jedną rzecz. Jest tak naprawdę jedno kryterium oceny dzieła artystycznego. Albo idą ciary po plecach, albo nie idą”. No więc ja muszę mieć te ciary na plecach, żeby zaproponować jakiś projekt maltańskiej publiczności. Nie zawsze moje ciary przechodzą na inną osobę, ale osoba programująca ma przywilej podjęcia tego ryzyka. Oczywiście to nie są tylko moje wybory. Sama wiesz, że pracujemy w zespole. Mamy dział programowy, a nie dyrektora artystycznego, będącego demiurgiem i wymyślającego różne cuda, które wszyscy muszą – czy chcą, czy nie chcą – realizować. Program powstaje w rozmowie, w dyskusji. Ja uważam to za ogromną wartość, bo dzisiaj – polecę Baumanem – w płynnym świecie różnych estetyk, różnych porządków artystycznych nikt nie jest w stanie powiedzieć, że posiada pełnię kompetencji. Trzeba szukać ludzi o pewnej wrażliwości, którzy mają ogląd różnych rzeczywistości artystycznych.

Dreszcze zmieniają się nie tylko w zależności od osoby, lecz i od czasu. To, co poruszało nas 30 lat temu, nie musi poruszać dzisiaj. Ten mit lat 90. jest dla mnie zadziwiający. Malta proponuje obecnie wiele wydarzeń muzycznych i teatralnych angażujących małych i dużych widzów: cały program placu Wolności jest otwarty, dostępny dla wszystkich, powszechny. Mielibyśmy powtórzyć Maltę sprzed 30 lat dzisiaj? Jakby miała ona wyglądać?

Jako komentarz do tej rozmowy moglibyśmy wykorzystać dwa zdjęcia: w latach 90. spektakle nad Jeziorem Maltańskim oglądało się, siedząc na łączce na wzgórzu. Dzisiaj w tym miejscu są pięknie zabetonowane trybuny. To są dwa różne światy.

Trzy lata temu siedziałyśmy z Kasią Tórz w Meskalinie, na jakiejś imprezie po spektaklu. Część osób nie wiedziała, że pracujemy przy Malcie. Młody chłopak, fotograf, który właśnie dostał pracę w Warszawie, zaczął opowiadać, jaka to Malta była cudowna w latach 90., jaka była wspólnotowa, angażująca. Zapytałam go, ile ma lat. „Dwadzieścia”. „To jak możesz pamiętać Maltę z lat 90.?”. „No, ja nie pamiętam, ale tak wszyscy mówią i rodzice tak mówią”. Tak funkcjonuje ten mit, tak się przenosi z ludzi na ludzi. Nie wygramy z nim na argumenty, bo on rządzi się zupełnie innymi prawami.

No tak, ale ja to częściowo rozumiem. Przygotowujemy w tym roku portal multimedialny, który będzie opowiadał historię Malty. Przeglądam w związku z tym różne materiały archiwalne i przypominam sobie tamte emocje. I powiem tak – nie ma powrotu do tego, co było w latach 90., bo czas się nie cofa. Chciałbym jednak, żeby to poczucie wspólnoty, ta powszechność Malty z lat 90., w jakimś stopniu wróciła. To jest bardzo trudne, bo jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni jak nigdy dotąd, żyjemy w różnych światach, które się antagonizują albo które się antagonizuje coraz bardziej. Muszę powiedzieć, że o ile nie jestem dzisiaj wielkim fanem telewizji publicznej, to kiedy zaczynamy rozmawiać o naszym archiwum, pojawia się tam pełne zrozumienie i chęć współpracy. Okazuje się, że Malta może być płaszczyzną takiego przynajmniej mikroporozumienia. To porozumienie musi jednak zawiązywać się przede wszystkim przez program. Czy to jest możliwe? Nie wiem.

Mnie się wydaje, że bardzo blisko takiego wspólnotowego, łączącego wszystkich doświadczenia lat 90. był koncert Needcompany na placu Wolności w 2018 roku.

To dobry przykład.

W ogóle cała ta edycja była bardzo wspólnotowa, jak wszystkie działania Needcompany, które było wówczas kuratorem Idiomu „Skok w wiarę”. Wszystkim udzieliły się te pozytywne emocje, miał miejsce jakiś przepływ energii. A jednak zupełnie nie przełożyło się to na recenzje. Gorzej, stało się zarzutem: okazało się, że ta edycja była za bardzo łącząca, za mało krytyczna.

Nigdy nie można dogodzić wszystkim. Malta była zawsze krytykowana. A jeśli nie, to była to kwestia przemilczenia: „A już tam dobra, niech robią, co chcą”. Ta swoista wspólnota, o której mówimy, była też w ubiegłorocznym otwarciu Malty, czyli w spektaklu Transe Express. Ten spektakl pokazywaliśmy zresztą po raz pierwszy w 1993 roku. W 2019 zadziałał również fantastycznie. Ja zresztą zawsze uważałem i powtarzałem wam, dziale programowy, że otwarcie i finał Malty muszą być bardzo ludyczne. Z jednej strony jest to ukłon w stronę tej szerokiej publiczności, z drugiej strony – głośne łupnięcie w centrum miasta – wtedy wiadomo, że festiwal ruszył. Transe Express zgromadził kilkutysięczny tłum, który szedł z placu Wolności przez Świętego Marcina na plac Mickiewicza, gdzie odbył się finalny koncert i perkusiści popłynęli do nieba. Agnieszka Różyńska, bardzo radykalna kuratorka, nasza współpracownica od lat, powiedziała wtedy: „Dyrektorze, takiego otwarcia, to jeszcze nie było!”. Osoba, która w swojej pracy widzi się w czymś kompletnie innym. Młoda kobieta z synkiem powiedziała z kolei: „Panie Michale, panie dyrektorze, proszę tego więcej! Proszę zobaczyć, jak on się cieszy!”. I rzeczywiście, kilkuletni chłopiec stał z wypiekami na twarzy. To było dla niego ogromne przeżycie. Nie będziemy robili sceny kuglarskiej, bo to nie o to chodzi, ale spektakl Générików, który musieliśmy przełożyć na przyszły rok, będzie znów takim nawiązaniem do maltańskiej tradycji. Oczywiście nie wszystko da się odtworzyć. Nie wiem, czy widowisko typu „theatre on fire” dzisiaj by…

…zafunkcjonowało? Mnie się wydaje, że te emocje, za którymi sam zatęskniłeś, przeglądając archiwum Malty, mogą być uruchamiane na wiele sposobów. Koncert Needcompany jest jednym sposobem, Transe Express drugim. Można też wymienić Piosenki na koniec świata pokazywane w tym roku w parku Wieniawskiego. Myślę, że spektakl bardzo dobrze zafunkcjonował, choć zabrakło mu jednego poziomu, który był nie do odtworzenia w Poznaniu: tworzą go po prostu piosenki z wszystkich spektakli z sezonu 2016/2017 w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Na widzów w Wałbrzychu ten kontekst musiał mocno działać, uruchamiał pewien rodzaj wspólnotowości, rozpoznania się w tym samym.

Jednak i w Poznaniu ten spektakl został świetnie przyjęty, zadziałał w kontekście sytuacji, w której wszyscy się znaleźliśmy – tego, że nie wiemy, czy koniec świata już był, czy będzie, czy COVID-19 jest końcem świata, czy nie jest. Pewnie nie jest, ale znaleźliśmy się w sytuacji granicznej. Wszyscy. To była bardzo ciekawa propozycja dla naszych widzów. No i świetnie rezonowała z aktualnymi kwestiami społecznymi i politycznymi, bo przecież flagi tęczowa i białoruska wszystkich na widowni poruszyły.

Skoro doszliśmy już do tematu COVID-19, jakie widzisz zyski i straty z pandemii?

Ja nie należę do osób, które widzą jakieś korzyści z COVID-19. Są tacy, którzy mówią: „No dobrze, mieliśmy czas na to, na tamto…”. No nie. Ja uważam, że niestety ta pandemia nas kompletnie zdemolowała.

Nas jako festiwal czy w ogóle nas jako społeczeństwo?

W ogóle. Jako festiwal wyszliśmy z niego obronną ręką, ale cała sekcja kultury, wydarzeń, które są związane z byciem razem, znalazła się w zawieszeniu. Rozmawiamy w warszawskim Nowym Teatrze w czwartek, w niedzielę ma się tu odbyć spektakl Olivera Frljicia, słynnego reżysera, który był powodem odebrania nam dotacji przez ministra Glińskiego. Bilety są wyprzedane i Karolina Ochab mówi, że nie wie, co zrobi, gdy zostanie ogłoszona żółta strefa, która dopuszcza jedną czwartą widowni. A takie rozporządzenie może wejść z dnia na dzień. Ja się na tę rzeczywistość nie obrażam, tylko mówię o tym „zaraza”, z emocją w słowie „zaraza”, bo to słowo oddaje mój stosunek do pandemii. Tak też zatytułowaliśmy tegoroczną Maltę – nie w czasie pandemii, tylko w czasie zarazy. Po prostu to jest zaraza, która nas demoluje. Czy są z niej jakieś korzyści? Jacek Dukaj powiedział, że COVID-19 posunął nas w cyfrowej pustelni o 10 lat do przodu. Pamiętasz, w marcu i kwietniu spotykaliśmy się na zoomach, prawda? Są takie sekcje, które do dzisiaj pracują zdalnie. Praca w domu ma swój walor, ale może też być piekłem – jeżeli mieszkasz w małym mieszkaniu, z dwójką małych dzieci, które nie chodzą do szkoły czy przedszkola, a dwoje rodziców pracuje. Dużo mówiło się o tym, jak relacje rodzinne ucierpiały na pandemii. Były też takie, które przez bycie razem się zbudowały. Nie chciałbym jednak, żeby pandemia – czy zaraza, pozostanę przy tym słowie – wymuszała na nas budowanie relacji społecznych. Nie widzę pozytywów. Widzę, że będzie mniej pieniędzy na kulturę, choć pieniądze to nie wszystko, że będą różne obostrzenia, że nie wiem, czy będziemy mogli w przyszłym roku pokazać projekty z tego roku, jak Générik Vapeur, Projekt Krynicki, koncert finałowy 30-lecia czy specjalny projekt przygotowywany na 30-lecie, który nazwę tajemniczo „Tortem”. COVID-19 jest przekleństwem naszych czasów, nieodwracalnie zdemoluje światową scenę performatywno-muzyczną. Jak się z tego będziemy wygrzebywać – zobaczymy.

A widzisz jakieś strategie na pandemiczną rzeczywistość sektora kultury? W kontekście sposobów programowania, współpracy międzynarodowej?

W tej chwili próbujemy wrócić w jakimś sensie do tego, co było. Przyjeżdża spektakl Frljicia ze Stuttgartu, wszyscy siedzimy na widowni w maseczkach i z płynem dezynfekcyjnym na rękach. Nie powstały jednak jakieś specjalne zalecenia, rekomendacje na funkcjonowanie w czasie zarazy, także w kontekście przyznawania grantów przez Unię Europejską. Wszystko sprowadza się do obostrzeń, tego, co wolno, czego nie wolno. Nie widzę pomysłów na to, jak tę pandemię „obejść”.

Te rozwiązania nie przyjdą z zewnątrz.

Właśnie, trzeba je samemu wypracować. Myśmy doraźnie, na ten rok, takie rozwiązanie znaleźli. Nie skupiliśmy się na placu Wolności, nie korzystaliśmy też z infrastruktury kulturalnej Poznania, czyli z sal, tylko poszliśmy znowu w plener, co wcale nie jest tańsze. Zwróciliśmy się w stronę lokalnej społeczności, ale inaczej, niż robi to społecznościowy Generator, włączający co roku twórców i aktywistów z Poznania. Zrobiliśmy też rodzaj regrantingu – ogłosiliśmy nabór i kilkanaście projektów, całkiem ciekawych, się udało. Zresztą niektóre z nich będą miały swój ciąg dalszy w kontekście Malty. Zrobiliśmy minifestiwal na łące na Wilczaku, gdy poluzowano obostrzenia. Czuło się, że odbywa się tam festiwal: że jest spektakl dla dzieci, na który przychodzą całe rodziny, że wieczorem jest przedstawienie, że potem jest koncert, silent disco, że jest jakieś wspólne jedzenie, wspólne biesiadowanie. Bardzo się też cieszę, że przy udziale Malty udało się odtworzyć Hamleta Mai Kleczewskiej. Jest to jeden z najwybitniejszych spektakli, jakie powstały w ubiegłym sezonie. To projekt site-specific, za każdym razem na nowo adaptowany, dlatego nie odbywa się zbyt często. I w tym wypadku zwrócenie się z naszym potencjałem organizacyjno-finansowo-promocyjnym w stronę najbliższego środowiska było pewnym gestem solidarności.

Może ta solidarność jest jakimś zyskiem?

Tak, ale to wszystko można byłoby osiągać bez pandemii. Idzie druga fala COVID-19 i nie wiadomo, co będzie. Nie wierzę, żeby doszło do następnego lockdownu. Po prostu nie będzie nas na to stać w sensie ekonomicznym i społeczno-psychicznym. Musimy sobie nawzajem pomagać. Te gesty solidarności, które widzieliśmy w życiu codziennym i w świecie kultury, są faktem. To też jest pewna wartość, ale wolałbym, żeby to nie pandemia wywoływała w nas jakiś rodzaj podwyższonej empatii czy uważności na problemy, które nas otaczają. Chciałbym, żeby było to naszym codziennym doświadczeniem.

A jakie widzisz możliwości w kontekście festiwalowej współpracy międzynarodowej?

Na tym polu mamy duży kłopot, bo zamknęły się pewne, jakby to powiedzieć, kanały komunikacyjne umożliwiające różnego rodzaju koprodukcje. Po pierwsze, budżety są mniejsze, nie tylko z powodu COVID-19. Po drugie, skończyły się projekty takie jak nasz House on Fire, które do tej pory Unia promowała. House on Fire był zarówno wspólnotą idei, jaki i – w praktycznym sensie – międzynarodowym domem produkcyjnym. Nasze wnioski nie zostały przyjęte przez komisję w trzeciej edycji, co nas trochę zablokowało. Myślę, że trzeba będzie inaczej podejść do tych kwestii, szukać odpowiedzialnego partnera w Polsce i zaprosić artystów spoza Polski. Jestem w rozmowach o takim projekcie. Chcemy spróbować zrealizować międzynarodową produkcję wspólnymi siłami wewnątrz Polski.

A spektakle z zagranicy? W Polsce nie ma teatrów impresaryjnych, mało się pokazuje produkcji z zagranicy. Wartością Malty był przez lata program międzynarodowy, on budował jej identyfikację.

Chcemy to kontynuować. Zakończyliśmy Idiomy, ale nie rezygnujemy z programu międzynarodowego. Myślimy o portretach interesujących twórców współczesnego teatru. Na portret składałyby się spektakle, warsztaty, wydawnictwa, rejestracje spektakli. Taki jest plan na następnych kilka lat. Mogę powiedzieć, że rozmawiamy z Milo Rau na temat edycji w 2021 roku. Więcej nie mogę powiedzieć, bo nie wiem, co nas czeka w kwestii finansów. Przypominam, że Malta nie jest samorządową instytucją kultury, tylko fundacją, która gromadzi środki na festiwal. A te środki będą zawsze mniejsze od środków instytucji samorządowej czy innej. Mówię to dla przypomnienia, a nie po to, by się skarżyć. Malta ma zawsze największą dotację w Poznaniu i w województwie.

Co roku jednak mniejszą…

Środki na kulturę będą się zmniejszały, więc siłą rzeczy zmniejszą się też dla Malty. Uważam, że to jest wieczny problem trzeciego sektora. Jeśli porównamy środki, które miasta czy w ogóle sektor publiczny wydaje na instytucje kultury, ze środkami, które wydaje na trzeci sektor, to jest to zawsze z niekorzyścią dla trzeciego sektora, jakieś 30 do 70. Cięcia również dotyczą w pierwszej kolejności tej puli grantów, o które występuje coraz liczniejsza, przypominam, grupa NGOsów. W Poznaniu liczba grantów się zwiększyła, ale liczba wniosków i instytucji czy fundacji, które działają na obszarze Poznania, zwiększyła się jeszcze bardziej. Moim zdaniem ten rodzaj kreatywności, charakterystyczny dla trzeciego sektora, nigdy nie został dostatecznie doceniony. Gdybym był ministrem kultury, to napisałbym taki rodzaj ustawy albo rekomendacji – bo samorządy same dzielą swoje środki – który bardzo wzmacniałby trzeci sektor. To właśnie on jest najbardziej kreatywny w sferze kultury, szuka nowych przestrzeni, nowych rozwiązań.

Czyli kończymy pesymistyczną nutą: idzie druga fala COVID-19, który demoluje świat kultury, sytuacja jest nieprzewidywalna, trudno coś planować, do tego będzie mniej pieniędzy. Do tego ty nie będziesz ministrem kultury, przynajmniej w ciągu najbliższych trzech lat, a obecny minister nie tylko nie jest zainteresowany szukaniem nowych rozwiązań, lecz także blokuje trzeci sektor. Paradoksalnie, bo przecież z nim był zawodowo związany.

Był założycielem największego stowarzyszenia zrzeszającego polskie stowarzyszenia i fundacje, czyli Klon/Jawor. A teraz powołał instytucję, Narodowy Instytut Wolności, która jest taką czapą nad trzecim sektorem. Trzeci sektor polega na tym, że nie ma żadnych wielkich regulacji, jest płynną przestrzenią.

Ostatnie pytanie: czego życzysz Malcie na kolejne dziesięciolecie?

Przede wszystkim tej nowej wspólnotowości. Nie mówię, że zatęskniłem za wspólnotą lat 90., ale uświadomiłem sobie, że sztuka bycia razem powinna wrócić na Maltę w miarę powszechny sposób, nie tylko dla tych, którzy kochają Needcompany, lecz także dla tych, którzy kochają Transe Express. Jedni i drudzy wcale się nie wykluczają. Nie wiem jeszcze, jak to zrobić. Najgorszy jest taki rygorystyczny plan. Trzeba mieć pewien rodzaj elastyczności albo po prostu widzieć pewien rodzaj – jakby to powiedzieć – celu, który chcemy osiągnąć. Jak to będziemy osiągali, to nam życie pokaże. Chciałbym też, żeby udało się zrealizować La Fabrikę, projekt wzorowany na La Fabrice w Awinionie, o którym rozmawiamy od przynajmniej ośmiu lat. Wszystko wskazuje na to, że zmaterializuje się w przebudowywanej Starej Rzeźni. Operatorem wybudowanej tam sali będzie Malta. Byłaby to zupełnie rewolucyjna sytuacja zarówno dla infrastruktury kulturalnej Poznania, jak i dla nas jako fundacji. No i życzę Malcie tej samej energii do poszukiwania nowych rozwiązań i tej samej rzeszy widzów. To są dwa wektory, które powodują, że my wszyscy wciąż chcemy robić ten festiwal.

Warszawa, 1 października 2020