Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

21 - 30/06/2019

Zapraszamy na solowe wystąpienia aktorów reprezentujących różne pokolenia i różne typy aktorstwa. Na maltańskiej scenie na placu Wolności w tym roku pojawią się Danuta Stenka, Mirosława Żak, Jan Peszek, Mariusz Bonaszewski, Maciej Buchwald.

Od klasycznego monodramu do performansu

Klasyczny monodram, czyli spektakl z udziałem jednego aktora, zawsze był formą ryzykowną. Trzeba nie lada umiejętności, by skupić na sobie uwagę widza przez ponad godzinę. Aktor jest pozostawiony sam sobie, nie ma na scenie realnego partnera, z którym mógłby dialogować i który podzieliłby z nim odpowiedzialność za powodzenie całego przedsięwzięcia. Rozmawia sam ze sobą lub z milczącą, wyimaginowaną postacią, jak w słynnej sztuce Jeana Cocteau Piękny i nieczuły, w której kobieta mówi do kręcącego się po mieszkaniu mężczyzny. Czasami partnerem staje się też publiczność lub sam przedmiot, jak w Kontrabasiście Patricka Süskinda. Nie jest to realny, cieleśnie obecny partner pomagający dźwigać ciężar odpowiedzialności za słowa wypowiadane w spektaklu. Istnieje oczywiście scenariusz, szyty najczęściej na miarę konkretnego aktora, zapewniający spektaklowi zamkniętą i kompletną strukturę. Daje on aktorowi pewne poczucie bezpieczeństwa: stwarza gotową sytuację, buduje postać, w którą aktor się wciela, a więc jego sceniczne „ja”, określa rolę widzów w przedstawieniu. Jednak nawet przy gotowym scenariuszu spektakl łatwo staje się monotonny i przewidywalny. W monodramie bardzo ważna jest zatem zarówno jakość samego tekstu, jak i estradowa perfekcja aktora, jego osobowość oraz zaangażowanie, umiejętność nawiązania intymnej relacji z widzem.

Dlatego monodram długo był domeną aktorów indywidualistów lub aktorów rozpoznawalnych, którzy samym swoim nazwiskiem potrafią rozbudzić w widzach ciekawość. Dziś monodram coraz częściej zmienia się w performans, jego struktura coraz bardziej się otwiera, nasiąka formą muzyczną bądź konwencją dokumentalną – stając się opowieścią świadka lub wypowiedzią zaangażowaną w kwestie społeczno-polityczne. Na monodram ma również coraz większy wpływ anglosaska tradycja stand-upu lub teatru impro. Granice między gatunkami zacierają się, dając możliwość aktorom na coraz dynamiczniejszy, żywszy, partnerski kontakt z widownią.

Standupowy brak umiaru

W odróżnieniu od klasycznego monodramu stand-up rzadko zaczyna od wymyślenia sytuacji: gdzie i wobec kogo aktor mówi. Raczej od razu zakłada, że odbiorcą jest po prostu publiczność. To sztuka pozornie prosta. Nie potrzebuje skomplikowanych dekoracji, dopracowanego scenariusza ani reżyserii. Komik wykonuje na scenie wyglądający na improwizowany monolog, zasypując publiczność żartami. Liczy się tylko umiejętność skupienia uwagi widzów. Dlatego na scenie standupowej nie ma żadnej świętości, nie obowiązuje tu poprawność polityczna. Swoją publiczność mają zarówno szalone improwizacje z ducha teatru absurdu, jak i cięte dowcipy obyczajowe czy polityczne.

W Polsce stand-up dopiero raczkuje, ale w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii ten rodzaj humoru ma wieloletnią tradycję i rzesze wyznawców. Wielu artystów, którzy zaczynali na scenie klubów komediowych, weszło potem do panteonu amerykańskiej kultury popularnej. Dowcipy na scenie opowiadali m.in. legendarny Bob Hope czy Woody Allen. W latach 70., gdy klimat sprzyjał zrzucaniu obyczajowego tabu, stand-up miał charakter polityczny. Żarty poruszały tematy do tej pory zakazane i mówiły o nich w sposób niezwykle dosadny, co wiązało się często z reakcją purytańskich władz. W 1972 r. George Carlin wygłosił np. monolog o „siedmiu słowach, których nie wolno wymawiać w telewizji” (wszystkie to popularne przekleństwa) i zaraz po swoim występie został aresztowany. Lata 90. przyniosły z kolei rozkwit dowcipu z ducha teatru absurdu. Mistrzem takiego humoru był aktor Robin Williams, który do dzisiaj pozostaje niedoścignionym mistrzem błyskotliwych, surrealistycznych improwizacji. Charakter stand-upu zależy od rodzaju poczucia humoru komika. Niektórzy bawią się masową wyobraźnią i biorą na warsztat tematy z pierwszych stron gazet, inni bawią się konwencją, a na scenie dają upust swojej nieskrępowanej fantazji.

Scena z kapelusza

Korzenie teatru improwizowanego (nazywanego też improv lub impro) sięgają lat 50. XX w. i warsztatów prowadzonych w Stanach Zjednoczonych przez Violę Spolin, a w Wielkiej Brytanii przez Keitha Johnstone’a. To oni zarazili pasją do improwizacji m.in. Billa Murraya, Johna Belushiego czy Robina Williamsa. W przeciwieństwie do tradycyjnego teatru aktor nie może liczyć tu na pomoc w postaci scenariusza, kostiumu czy scenografii, za którymi mógłby się ukryć. Jedynym ratunkiem są współuczestnicy gry, dlatego bliskie relacje w grupie są tak ważne. Każdy dołączający gracz ma obowiązek zaakceptować to, co już istnieje. Nie może negować wcześniejszych propozycji, ma za zadanie dodać do nich własny pomysł rozwijający scenę. To podstawowa zasada działania i rozwoju akcji w teatrze impro. Drugą zasadą jest spontaniczność, czyli „zanurzenie w chwili”, oczyszczenie myśli. Działanie na scenie teatru impro przypomina partię ping-ponga, w której brak szybkiej reakcji sprawia, że zagranie staje się nieefektywne. Ostatnią zasadą teatru impro jest aktywność widzów – widz często decyduje o tym, „co, gdzie i kiedy”. Bywa np. proszony o tworzenie tła dźwiękowego, podanie tematu lub miejsca akcji dla tworzonej na bieżąco opowieści. W improwizowanych pokazach solowych rola publiczności rośnie, bo widzowie stają się dla aktora jedynym punktem odniesienia. To sytuacja bardzo trudna, wymagająca od twórcy jeszcze większych umiejętności improwizacyjnych. Improwizator może liczyć tylko na siebie, nie ma bezpiecznika w postaci scenicznych uczestników gry. Zarówno w swojej wersji solowej, jak i grupowej impro jest grą i zabawą wymagającą nieustannej gimnastyki intelektu, kojarzenia i fantazji. Wszystko powstaje tu i teraz, każda inspiracja jest wyciągana z kapelusza.


***
Na maltańskiej scenie na placu Wolności różne formy solowego teatru pokażą:

Danuta Stenka (ur. 1961) – absolwentka Studium Aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (1984), od 2003 r. aktorka Teatru Narodowego w Warszawie. Doskonale wypada w komercyjnych produkcjach filmowych, nie boi się też podejmować artystycznych wyzwań, szczególnie w teatrze. Współpracowała z Robertem Wilsonem, ostatnio z Yaną Ross w głośnym Koncercie życzeń, wielokrotnie z Krzysztofem Warlikowskim, Grzegorzem Jarzyną, Mają Kleczewską. Jej grę cechuje wszechstronność, niezwykły talent i aktorski warsztat. Szerokiej publiczności jest znana z ról w takich filmach, jak Nigdy w życiu!, Chopin. Pragnienie miłości, Lejdis, Nad życie. Za role filmowe otrzymała m.in. Orła – Polską Nagrodę Filmową (2003 i 2008), Złotą Kaczkę – nagrodę miesięcznika „Film” (2003, 2009, 2011, 2012).

Mirosława Żak (ur. 1982) – aktorka filmowa i teatralna, absolwentka PWST w Krakowie (2006). Od 2010 r. współtworzy zespół aktorski Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. W tym samym roku ukazała się jej debiutancka płyta poezji śpiewanej Bez odpowiedzi. Aktorka występuje również w krakowskich teatrach: Łaźnia Nowa, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Teatr Nowy. W 2010 r. zagrała główną rolę kobiecą w filmie Roberta Glińskiego Benek.

Jan Peszek (ur. 1944) – absolwent krakowskiej PWST, w której dzisiaj pracuje jako pedagog. Jego silna sceniczna osobowość łączy precyzyjny aktorski warsztat z tonem nieprzewidywalności i szaleństwa, rozumowe podejście do roli z dbałością o cielesną obecność postaci, a także ciekawość i wynikającą z niej odwagę angażowania się w projekty nieoczywiste, otwierające nowe teatralne ścieżki. Pracę z nim wielokrotnie podejmowali najważniejsi reżyserzy polskiego teatru drugiej połowy XX w.: Kazimierz Dejmek, Jerzy Jarocki, Jerzy Grzegorzewski, Krystian Lupa, Michał Zadara, Grzegorz Jarzyna, Monika Strzępka. Jan Peszek zagrał również ważne role w kilkudziesięciu polskich filmach, takich jak: Był jazz Feliksa Falka, Ferdydurke Jerzego Skolimowskiego, Śmierć jak kromka chleba Kazimierza Kutza, Łabędzi śpiew Roberta Glińskiego, Ucieczka z kina Wolność Wojciecha Marczewskiego, Ubu Król Piotra Szulkina.

Mariusz Bonaszewski (ur. 1964) – absolwent warszawskiej PWST (1988), od 1997 r. aktor Teatru Narodowego w Warszawie. Wielokrotnie współpracował z najważniejszymi reżyserami teatru przełomu XX i XXI w.: Jerzym Grzegorzewskim, Jerzym Jarockim, Krzysztofem Warlikowskim, tworząc niezapomniane role Tinkera w Oczyszczonych, Ludwika w Kosmosie, Charles’a Swanna we Francuzach. W swoim aktorstwie łączy demoniczność z intelektem. Jego postacie „niosą w samym ciele jakieś niebezpieczeństwo i pęknięcie”. Aktor skupia się na karierze teatralnej, ale od czasu do czasu pojawia się też w filmach (m.in. Daas Adriana Panka, Glina i Jack Strong Władysława Pasikowskiego, Jeziorak Michała Otłowskiego, Powidoki Andrzeja Wajdy) i serialach telewizyjnych. Popularność przyniosła mu rola profesora medycyny, Jana Sarapaty, w serialu Na dobre i na złe.

Maciej Buchwald (ur. 1986) – aktor, scenarzysta, improwizator, performer, student ostatniego roku Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTviT. Współzałożycielem i członkiem słynnej grupy teatru impro Klancyk, która od 2004 r. gra komediowe spektakle powstające na żywo. W 2008 r. jego film Nie ma o czym milczeć zdobył m.in. Grand Prix w Konkursie Kina Niezależnego na 33. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.