Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

21 - 30/06/2019

Koncert Needcompany na placu Wolności „O, tomorrow’s parties (or Fun is Politics)” / fot. Maciej Zakrzewski
GaleriaKoncert Needcompany na placu Wolności „O, tomorrow’s parties (or Fun is Politics)” / fot. Maciej Zakrzewski

JAKOŚĆ DYSKUSJI. POLEMIKA ZE STANISŁAWEM GODLEWSKIM
Kasia Tórz, „Didaskalia”

 

Z uwagą przeczytałam tekst Stefana Godlewskiego pt. „Bez dyskusji” zamieszczony w 148 numerze „Didaskaliów”. W relacji z 28. edycji Malta Festival Poznań, a w szczególności z Idiomu Skok w wiarę, autor dopuścił się szeregu zaniechań.

Godlewski przedstawia twórczość Needcompany, grupy, z której wywodzą się kuratorzy Idiomu Skok w wiarę w wybiórczy sposób i przeinacza ich poglądy. A przecież posiada na ten temat wiedzę.

Po pierwsze, nie jest prawdą, jak twierdzi Godlewski, że Jan Lauwers nie przedstawił w Idiomie swojej wizji polityczności. Nie tylko sformułował ją w wielu udzielanych w polskich mediach wywiadach, materiałach programowych Festiwalu oraz podczas publicznego spotkania w czasie Malty, ale przede wszystkim od ponad trzydziestu lat prowadzi i rozwija Needcompany – zespół programowo wyrastający ze sprzeciwu wobec nacjonalizmu, segregacji i ksenofobii. To niezwykle wyraźny polityczny gest. Godlewski jako dziennikarz współpracujący z poznańskim oddziałem „Gazety Wyborczej” już rok przed Idiomem przeprowadził rozmowę z kuratorami, w której wyjaśniali, jak rozumieją związki sztuki i polityki: (Maarten Seghers) „kiedy myślisz lub mówisz o sztuce to możesz także traktować ją jako metaforę społeczeństwa i odwrotnie. Skok w wiarę dotyczy także tego, to nie tylko skok w nieznane w sensie artystycznym, ale to także temat na poziomie społecznym i wspólnotowym. Chodzi o pewien rodzaj odwagi i optymizmu”; (Jan Lauwers): „Uważamy, że istnieje zasadniczy błąd w myśleniu, że sztuka musi mieć funkcję polityczną, choć istnieje taka możliwość. Wszystko jest polityczne, ale sztuka nie jest wszystkim. Sztuka nie jest filozofią, nie jest polityką, sztuka powinna być sztuką. W Skoku w wiarę właśnie o to chodzi – pokażmy sztukę, która odkrywa coś, czego jeszcze nie wiemy, nie znamy”. Właśnie tę wizję polityczności kuratorzy rozwinęli w programie artystycznym Idiomu, na który składały się spektakle teatralne, taneczne, filmy i instalacje.

Po drugie, Godlewski przywołuje wykład Jana Lauwersa pt. „Wszystko jest polityczne ale sztuka nie jest wszystkim”, który odbył się podczas Malty w Galerii Miejskiej Arsenał i „ostrą kłótnię” między artystą a „dwoma siedzącymi w pierwszym rzędzie dziewczynami”. Zdawkowo referuje przedmiot sporu („z obu stron padły poważne zarzuty: o lenistwo i brak logiki, o demagogię i o seksizm, o pięknoduchostwo i agitacyjność”) i sytuację („dziewczyny uznały, że <<nie warto rozmawiać>>, i wyszły, trzaskając drzwiami”). Nie wspomina, że jedną z uczestniczek tego „przykrego incydentu” była gospodyni miejsca – zastępczyni dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał, Zofia Nierodzińska, która jednak nie ujawniła się publicznie w tej roli. Dla osób z poznańskiego środowiska kulturalnego było to jasne, Nierodzińska nie jest osobą anonimową. Jednak autor nie podał czytelnikom tej informacji, a przecież bez niej opisywana scena osuwa się w nieciekawą obyczajowość, podczas gdy była bardzo polityczna.

Oponentki Lauwersa wyraźnie chciały rozbroić go argumentami przynależnymi do dyskursu teoretycznego, wskazując na nieprecyzyjne używanie terminologii i anachroniczność słownictwa. Tymczasem nie każdy artysta jest teoretykiem. Modusem jego życia jest przekuwanie myśli w działanie. Needcompany swoją historią to potwierdza. Choć Godlewski nie musi utożsamiać się z taką postawą, powinien chociaż ją zreferować i sproblematyzować.

Po trzecie, Godlewski w tekście nie wspomina o tym, że sam jest częścią obrazu, który opisuje. Autor (wraz z dr Agatą Siwiak i prof. Ewą Guderian-Czaplińską) – był współorganizatorem konferencji naukowej na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, pt. „Kolektywy teatralne, artystyczne i badawcze”, która odbyła się 19 czerwca w ramach Festiwalu Malta. Podczas konferencji Jan Lauwers oraz inni członkowie ekipy zarządzającej Needcompany opowiadali o tym jak funkcjonuje zespół – w aspekcie artystycznym, finansowym i organizacyjnym. Tym bardziej trudno uwierzyć, że refleksje Godlewskiego brzmią tak, jakby pierwszy raz miał do czynienia z tą tematyką.

Po czwarte, Godlewski twierdzi, że „Wojna i Terpentyna” to „megaprodukcja”. Tymczasem jest to przedstawienie w skali przeciętnej realizacji teatru repertuarowego w Polsce. Poza sukcesami w wielu krajach, w Belgii spektakl pokazywany jest w licznych lokalnych centrach sztuki w małych miastach. Negatywny wydźwięk nadany tu „megaprodukcjom” idzie w parze z chaotycznymi dywagacjami o organizacyjno-artystycznej strategii zespołu. Godlewski twierdzi, że „artyści związani z Needcompany, aplikujący o różne granty, wspierani przez festiwale, raczej zajmują się produkcją łatwych w eksploatacji produktów-spektakli”. Otóż projekty Needcompany (o czym mógł przekonać się każdy widz Idiomu) bardzo różnią się skalą. Godlewski sam sobie przeczy, z jednej strony pisząc o „megaprodukcji” – „Wojnie i Terpentynie”, z drugiej o strategii produkowania spektakli „łatwych w eksploatacji i tanich”. To kolejny przykład niechlujstwa, mieszania faktów, opinii i własnych wyobrażeń.

Po piąte, Godlewski pisze, że „prezentowane spektakle tworzyli członkowie kolektywu wchodzący w inne inicjatywy artystyczne, ich dzieci i przyjaciele – wszyscy zresztą wyjątkowo uzdolnieni muzycznie i niezwykle sprawni ruchowo, czemu wielokrotnie w trakcie przedstawień dawali wyraz.” Brzmi to kuriozalnie. Needcompany to nie rodzinny interes, ale hybrydyczny – dyscyplinarnie, kulturowo, narodowościowo i estetycznie – kolektyw. Godlewski wie także, że filozofia ponad trzydziestoletniej pracy Lauwersa i Barkey (pary w pracy i życiu) polega na skupianiu wokół siebie osób, z którymi dzielą wizję sztuki i które lubią. Między członkami grupy musi istnieć afektywny przepływ, bez niego niewiele można zdziałać. W tym kontekście zastanawia dlaczego w swojej relacji pominął zupełnie obecność młodego pokolenia twórców, stowarzyszonych z Needcompany artystycznie i ludzko. Kuiperskaai założyli w 2012 Romy Louise Lauwers, Oscar van der Put, Victor Lauwers i Lisaboa Houbrechts. Ta grupa dwudziestokilkulatków pokazała w Poznaniu bardzo dojrzały spektakl 1095, który wzbudził entuzjazm publiczności. Godlewski nie wspomina o tym słowem, choć wydawałoby się, że dla krytyka jest to ciekawy przyczynek do rozważań: jaki jest teatr dzieci Barkey i Lauwersa oraz ich przyjaciele? Jak twórczość tych dwóch pokoleń wzajemnie oświetlała się w Idiomie? Jak kontynuują kolektywny i interdyscyplinarny model pracy? Jaki teatr robią ich rówieśnicy w Polsce?

Po szóste, pomiędzy zdawkowymi i zaskakująco powierzchownymi przemyśleniami na temat pokazywanych spektakli Godlewski snuje dywagacje o „szerokim strumieniu pieniędzy” płynącym w stronę Malty z Urzędu Miasta, Urzędu Wojewódzkiego, niezależnych sponsorów i z crowdfunding, „choć i bez tego ostatniego źródła Malta spokojnie dałaby sobie radę”. Wymowa tego zdania sugeruje, że crowdfunding jest regularną metodą konstruowania budżetu festiwalu. Nie jest to prawda. Publiczna zbiórka pt. „Zostań Ministrem Kultury – wspieraj Festiwal Malta” odbyła się jednorazowo w 2017 roku, kiedy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotr Gliński nie wypłacił Malcie przyznanej dotacji w wysokości 300.000 zł w reakcji na zaangażowanie przez festiwal jako kuratora Idiomu Olivera Frljcia. Godlewski pisze o „gigantycznym budżecie Malty”. Nie jest to retoryka nowa, w Poznaniu ma się dobrze od dekad i widać, że bezrefleksyjnie przejmowana jest przez kolejne pokolenia krytyków. Malta ma duży budżet, ale przecież jest on efektem wieloletniej pracy nad dywersyfikacją źródeł finansowania, w tym pozyskiwaniem środków z funduszy europejskich. Nic nie jest dane Malcie z góry, raz na zawsze. Festiwal nie jest instytucją, tylko niezależną fundacją aplikującą o pieniądze. Wydawałoby się, że od Stanisława Godlewskiego – dziennikarza, a także osoby aktywnie funkcjonującej w poznańskim środowisku akademicko-teatralnym – można wymagać tej świadomości. Tymczasem powiela on mity.

To lista uchybień, przemilczeń, niedopowiedzeń, które stoją w sprzeczności z powinnościami krytyka. Nie chodzi o to, że Godlewskiemu coś się na Malcie nie podobało. Konstruktywny, dojrzały spór jest zawsze wartością, poszerza dyskurs, sprawia, że wydarzenie, które należy do przeszłości nadal rezonuje. Chodzi o jakość refleksji.

Dla Godlewskiego „skok w wiarę”, „skok w nieznane” to „ezoteryczne określenie”. Dziwi mnie, że w geście skoku nie dostrzegł on bardzo współczesnego, politycznego wymiaru. Skok to aktywność. Może towarzyszyć mu afirmacja, przemiana lub katastrofa. To gest zaangażowania, który wykonujemy codziennie. Indywidualny skok w nieznane jest doświadczeniem towarzyszącym zarówno podejmowaniu drobnych decyzji – jak żyć żeby przetrwać, i ćwiczeniem z wyobrażenia sobie rzeczywistości politycznej, społecznej czy ekologicznej. Jednocześnie zawiera się w nim ogromny ładunek egzystencjalnego niepokoju, który jest materiałem dla sztuki. W filmie podsumowującym tegoroczną Maltę Jan Lauwers mówi: „Możesz przeżyć swoje życie albo je stworzyć. W Needcompany staramy się stwarzać nasze życie”. Co to oznacza? Że życie i sztuka są ze sobą nierozerwalnie splecione. Współkuratorka Idiomu, Grace Ellen Barkey, dookreśla to następującymi słowami: „Każdy rodzaj sztuki jest skokiem w wiarę a każdy skok w wiarę to ruch, w którym wybijasz się i nie wiesz, gdzie wylądujesz”.

Godlewski zdaje się widzieć w tym ideologiczne przesłanie, „bardzo charakterystyczne dla Needcompany”, które jego zdaniem trąci naiwnością: „chodzi o pewien naddatek pozytywnej energii, która dzisiaj łatwo kojarzy się z tanimi zabiegami marketingowymi. Trudno wierzyć tym, bardzo utytułowanym przecież artystom, gdy opowiadają o sile płynącej z porażek i o radości z podejmowania kolejnych prób, o tym, że proces jest ważniejszy niż ostateczny efekt.” Nie rozumiem, dlaczego trudno im wierzyć. Czy za tezą Godlewskiego znów kryją się jakieś założenia o establishmencie? Przecież pozycja, którą mają to efekt ponad trzydziestu lat intensywnej twórczej pracy, walki o nowe standardy, proponowania rozwiązań, które w latach 80. – czasie tzw. „flamandzkiej fali” – przewróciły do góry nogami zarówno estetyczne kanony teatru i tańca w Belgii, jak i strukturalno-finansowe ramy dla sektora sztuk performatywnych. Ponadto, projekty Needcompany wyrastają ze splotu osobistych, często dramatycznych, historii z szerokim pejzażem uwarunkowań politycznych i historycznych. O tym był także spektakl „Forever” w reżyserii Grace Ellen Barkey, czy pokazywana na Malcie w 2010 trylogia „Sad Face / Happy Face”. Na tym gruncie – porażek i zmagań, walki o siebie i własną wolność – pracuje cały zespół. To właśnie buduje między nimi solidarność i umożliwia wspólną pracę, to sprawia, że energia ich teatru uruchamia widzów w szczególny sposób.

Czytając Godlewskiego zastanawiałam się, dlaczego recepcja sztuk performatywnych tak często obciążona jest oczekiwaniem polityczności explicite. W intensywnej energii koncertu „O, tomorrow’s parties (or Fun is Politics)”, który Godlewski sprowadził do „prostego populistycznego zabiegu wspólnego wybijania rytmu” wiele osób dostrzegło emancypacyjny gest o znaczeniu politycznym. Oczywiście polityczność zmienia twarze w zależności od lokalnego kontekstu. W Polsce trudno spotkać się na placu, w przestrzeni publicznej i celebrować wolność bez oczywistego kontekstu publicystycznego. Jednak Godlewski się go domaga. Pisze, że wspólne bycie to „dzisiaj trochę za mało”, że „potrzebny jest wspólny cel lub przynajmniej wyraźna artykulacja poglądów, która pozwoli zbudować taką – niepozbawioną konfliktów – wspólnotę”. W przeciwieństwie do Godlewskiego uważam, że wspólne bycie bardzo dużo dziś znaczy. I że prosty gest Needcompany jest bardziej skuteczny od skomplikowanych wywodów teoretycznych, skoro udało im się wygenerować tak wielką energię tłumu. Anarchistyczna euforia generowała mocny przekaz: żeby żyć powinniśmy skakać, dać się ponieść, zaryzykować. Choć nie był on topornie narzucony jako pogląd. Podobnie jak sztuka jednej z najsłynniejszych współczesnych artystek, 90-letniej Yayoi Kusamy, która od dekad pokrywa cały świat kropkami. We wzorze polka dots widzi ona rewolucyjną energię zmiany, możliwość spojrzenia na otaczającą rzeczywistość przez inny filtr. Używając zmultiplikowanych abstrakcyjnych punktów tworzy ona własny kosmos, który wprowadza w teksturę świata zakłócenie. Nie jest zabawą, ale manifestem, drogą. Kusama kropek używała także w sytuacjach politycznych, pozostając przez całe swoje życie bezkompromisowa. Przypomnijmy choćby naked happenings organizowane w stanach podczas wojny w Wietnamie, kiedy nadzy protestujący oblepiali się jej kropkami.

W momencie kiedy piszę niniejszy tekst w Turbine Hall w Tate Modern w Londynie pokazywana jest partycypacyjna instalacja Tanii Bruguery, kubańskiej artystki i aktywistki, zatytułowana 10,146,323. Używając kategorii Godlewskiego to „megaprodukcja”, w dodatku zrealizowana za pieniądze sponsora (Hyundai), w instytucji-gigancie, która w swoją misję i działanie inkorporuje strategie rynkowe. Ta sama artystka została niedawno aresztowana przez kubańską policję, ponieważ aktywnie protestuje przeciwko wprowadzeniu w jej kraju cenzury. Przywołuję jej postać ze względu na definicję polityczności, która jest mi bliska. Zdaniem Bruguery: „Sztuka polityczna jest pełna wątpliwości a nie pewności; ma intencje, nie programy; dzieli się nimi z tymi, którzy je odnajdą, nie sugeruje; jest definiowana wtedy kiedy się wydarza; jest doświadczeniem, nie obrazem; jest czymś wkraczającym w pole emocjonalne i przez to bardziej skomplikowanym niż pojedyncza myśl. Sztuka polityczna to taka, która powstaje wtedy, kiedy jest niemodna i niewygodna: niewygodna prawnie, krytycznie, ludzko” (Bieber, 2016, s. 8).

Idiom Skok w wiarę wygenerował inną energię niż poprzedni – Platforma Bałkany. I właśnie to jest ciekawe: co roku gościnni kuratorzy Malty przywożą do Poznania własną estetykę, przekonania o funkcji sztuki we współczesnym świecie. Definicja Bruguery rozszerza rozumienie polityczności sztuki: na doświadczenie dysonansu, konfliktu, wątpliwości, nie redukuje sztuki do bycia narzędziem ideologii albo polem do uprawiania publicystyki. Mieści się w niej wiele możliwych strategii i wrażliwości: zarówno polityczność Romea Castellucciego, Lotte van den Berg czy Tima Etchellsa. A także Needcompany.

Owa niewygoda, nieoczywistość, sprzeczne komunikaty, niemożność prostego rozwikłania powiązań, w jakich jako obywatele kultury funkcjonujemy (na wszelkich możliwych stanowiskach, w palecie przywilejów, obowiązków, rozczarowań i sukcesów) budują realność polityczności sztuki. Może więc jedną z szans, jakie daje nam to rozpoznanie jest maksymalizacja własnego potencjału i możliwości – tego, co w tym konkretnym mikromomencie mogę zrobić ze swoim własnym życiem. Napisać tekst czy nie? Poświęcić czas i uwagę, żeby zrozumieć opisywany przedmiot czy iść po najmniejszej linii oporu? Podzielić się oryginalną myślą, czy powtarzać wysłużone opinie? O tym m.in. będzie kolejny Idiom Malty przygotowany we współpracy z Nástio Mosquito.

Kasia Tórz
Programerka Malta Festival Poznań

 

Bibliografia:

Godlewski Stanisław, O czym będzie przyszłoroczna Malta? Tym razem „Skok w wiarę”, „Gazeta Wyborcza online”, 27 VI 2017.
http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,22015766,skok-wiary-z-festiwalem-malta-w-przyszlym-roku.html, [dostęp: 20 I 2019].

http://wspieramkulture.pl/projekt/1491-ZOSTAN-MINISTREM-KULTURY-wspieraj-festiwal-Malta, [dostęp: 22 I 2019].

https://www.youtube.com/watch?time_continue=1&v=sqPjnPTEDjg, [dostęp: 21 I 2019].

Tania Bruguera Arrested Twice in Cuban Censorship Law Protests; Threatens to Go on Hunger Strike, „Frieze”, 4 XII 2018.
https://frieze.com/article/tania-bruguera-arrested-twice-cuban-censorship-law-protests-threatens-go-hunger-strike, [dostęp: 21 I 2019].

Bieber Alain, We can dream again, w: [Planet B – Ideas for a New World /IdeenfüreineNeue Welt], red. Alain Bieber, Lukas Feireiss, Verlag der Buchhandlung Walter König, Kolonia, 2016.