Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

21 - 30/06/2019

Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Pawła Pieniążka
GaleriaZdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Pawła Pieniążka

Przez 40 lat wyrosły dwa pokolenia Afgańczyków, którzy nie znają innego stanu niż wojna. Co zrobią, jeśli się skończy? Trudno im to sobie wyobrazić.

Zegarek – to jeden z przedmiotów w dużej szklanej gablocie. Leżą jeden na drugim, tworząc stertę z ubrań, plecaków, butelek, butów, grzebieni i innych przedmiotów. Należą do ofiar jednego z wielu zamachów samobójczych, do którego doszło w Kabulu w 2018 r.

To ekspozycja nowo otwartego Afgańskiego Centrum Pamięci i Dialogu. „W pewnym sensie Afganistan cierpi z powodu podwójnej katastrofy. Pierwszą jest strata setek tysięcy istnień ludzkich, które zabrały wojna i przemoc. Druga natomiast to usunięcie ofiar z afgańskiej kolektywnej pamięci” – można przeczytać na jednej z plansz. Centrum powstało po to, aby przywrócić pamięć o ofiarach, a przez to zastanowić się nad trudną przeszłością kraju.

36-letni Salim Radżabi jest współzałożycielem Afgańskiej Organizacji na rzecz Praw Człowieka i Demokracji, która otworzyła tę wystawę. Na co dzień zajmuje się traumą wojny i historią kraju. Wydaje się, że ona bardziej pochłania go niż to, co może przynieść przyszłość.

Spotykamy się, gdy w Kabulu panuje mróz i sypie śnieg. Górzysty kraj, pełen dolin i dalekiej od ideału infrastruktury, w taką pogodę szybko staje się nieprzejezdny. Pytam Radżabiego, co chciałby zrobić, gdy nastanie pokój.

Ciągle uśmiechnięty, rozgadany i pełen ekspresji mężczyzna nie rozumie pytania, a potem jest lekko zmieszany.

– Mamy wiele pięknych miejsc w Afganistanie. Pojechałbym do Nanganharu, bo teraz jest piękna pogoda, nie to, co w Kabulu – mówi nareszcie. – Pojechałbym do Helmandu, by pracować z moimi przyjaciółmi. Teraz nie mogę tego zrobić, bo to niebezpieczne.

Konflikty trwają już tak długo, że ludzie zapomnieli, jak może wyglądać pokój.

Gablota jest wciąż pusta

Po wystawie Radżabi oprowadza mnie wraz z 39-letnim Hadim Marifatem, dyrektorem organizacji. Obaj tworzyli Centrum i przez lata spotykali się z rodzinami ofiar. Prowadzili z nimi warsztaty, namawiali do tworzenia „skrzyń pamięci”, do których wkładali przedmioty związane z tymi, którzy zginęli.

Po ośmiu latach udało im się zebrać ponad 4 tys. osobistych przedmiotów i historii, które zostały zamknięte w ponad stu skrzyniach. Mają 8,5 tys. zdjęć i imion osób, które straciły życie w ciągu ostatnich 40 lat niemal bez przerwy następujących po sobie wojen.

Wszystkie zdobyte przedmioty i materiały to nic w porównaniu do liczby ofiar. Szacuje się, że w latach 1979–2001 zginęły ponad 2 mln cywilów. Na ten okres przypadła inwazja sowiecka, wojna domowa i rządy talibów. W 2001 r. Amerykanie i ich sojusznicy zaatakowali Afganistan, obalili wspierających Al-Kaidę talibów, zamontowali przyjazny im rząd i rozpoczęli trwającą do tej pory, najdłuższą w historii USA wojnę. Od 2009 r., gdy ONZ zaczął prowadzić szczegółowe statystyki, raniono lub zabito ponad 70 tys. cywilów.

Kolejne gabloty reprezentują upływające lata konfliktu. Ostatnia jest pusta.

– Ona reprezentuje nadzieję, że wreszcie konflikt się skończy – mówi Marifat.

Nadzieja jest jednak płonna, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Według ONZ, rok 2018 przyniósł największe straty wśród ludności cywilnej w ciągu ostatniej dekady. Zginęły 3804 osoby (w tym 927 dzieci), a 7189 raniono. Walki zaostrzają trwające rozmowy pokojowe między talibami a USA w stolicy Kataru. Talibowie, podobnie jak afgański rząd i jego zachodni sojusznicy, chcą mieć jak najmocniejszą pozycję przy ustalaniu porozumienia, na którego ostateczny kształt przyjdzie jeszcze poczekać. Tylko w pierwszym tygodniu marca zginęło przynajmniej 119 członków sił rządowych i 26 cywilów.

Dlatego skrzynia wkrótce wypełni się przedmiotami kolejnych ofiar długiej afgańskiej wojny.

Teatr Uciśnionych

Trudno uwierzyć, że po tych wszystkich latach konflikt może się skończyć. Tym trudniej wyobrazić sobie, jak może wyglądać pokój. W 35-milionowym dziś kraju tragedie dotknęły chyba każdą rodzinę.

Dotyczy to także rodzin Marifata i Radżabiego, które uciekły przed wojną i nędzą do Pakistanu. Obaj byli jeszcze dziećmi i w sąsiednim kraju spędzili po kilkanaście lat. Mimo to postanowili wrócić i zrobić coś na rzecz ojczyzny, z którą czuli się związani.

Pracowali dla różnych organizacji humanitarnych, ale wciąż szukali innych sposobów na zaangażowanie. W 2009 r. założyli Afgańską Organizację na rzecz Praw Człowieka i Demokracji. Od początku prowadzili działania głównie skierowane do osób, które ucierpiały na skutek wojny. – Nie można zmienić tych, którzy uciskają, ale można zmienić uciśnionych – wyjaśnia Radżabi.

Mężczyzna był zaangażowany przede wszystkim w warsztaty teatralne. Inspirował się brazylijskim reżyserem i dramatopisarzem Augusto Boalem, który stworzył Teatr Uciśnionych. Zacierał on granicę między aktorem i widzem, który wkraczał na scenę i z niej proponował rozwiązania dla problemów społecznych.

Radżabiemu wydało się to genialnym pomysłem, bo w Afganistanie tylko dwóch na pięciu mieszkańców potrafi czytać i pisać. Teatr dawał szansę ekspresji każdemu. Inną metodą, która pomogła przełamać barierę stworzoną przez analfabetyzm, były rysunki. To właśnie poprzez nie swoje emocje wyrażali bliscy ofiar, biorący udziału w projekcie „skrzyń pamięci”.

W ciągu 10 lat Radżabi przeprowadził setki warsztatów i odbył jeszcze więcej spotkań. Zapraszał na nie przedstawicieli różnych grup etnicznych zamieszkujących Afganistan, przede wszystkim Pasztunów, Tadżyków, Hazarów i Uzbeków. Uważa, że większość problemów w kraju bierze się z tego, iż ludzie postrzegają innych w niewłaściwy sposób. Idealizują swoją wspólnotę etniczną, jednocześnie demonizując wszystkie pozostałe.

Relacjonuje jedno z pierwszych spotkań, które prowadził. – Przyprowadziliśmy na nie członków różnych grup etnicznych. Na początku, gdy mówili o przeszłości, wszyscy się wzajemnie obwiniali – wspomina. – Dopiero w trakcie trzeciego dnia rozmów zebrani zaczęli dostrzegać, że mierzą się z podobnymi problemami. Ofiara jest ofiarą, mamy te same uczucia, ten sam ból.

Radżabi uważa, że gdy ludzie zaczynają to dostrzegać i poznają się wzajemnie, większość problemów znika.

[...]

Trudna poza

Zazwyczaj moi rozmówcy, którym zadawałem pytanie o to, co zrobią, gdy skończy się wojna, długo się wahali, zanim odpowiedzieli. Jakby próbowali wypełnić pustkę w głowie, zapełnić ją tym, co jeszcze ich nie zajmowało i czego na poważnie nie rozważali.

Na razie samo osiągnięcie pokoju wydaje się odległą perspektywą – wciąż przelewana jest krew. Politycy, grupy zbrojne i obce państwa nie budzą dużego zaufania, a udział talibów we władzy nie wróży wiele dobrego. Dlatego nad tym, co potem, będą się martwić, gdy wojna naprawdę się skończy.

Wiele lat temu, w trakcie jednego z warsztatów teatralnych, Radżabi poprosił uczestników, aby zastygli w pozie, która będzie przedstawiała wojnę. Poradzili sobie bez problemu. Jedni wyglądali, jakby strzelali z karabinu lub pistoletu, inni dźgali niewidzialnym nożem.

Radżabi następnie poprosił ich, aby przybrali pozę, za pomocą której przedstawią pokój. Uczestnicy warsztatu głowili się, ale nie byli w stanie nic wymyślić. Radżabi poprosił ich znowu. Dawał też wskazówki: pytał o to, jak pokój miałby wyglądać, co chcieliby osiągnąć. Nic z tego.

Poprosił ich po raz trzeci. Na co jeden z mężczyzn odpowiedział mu: „Salim, my nigdy nie zastanawialiśmy się, czym jest pokój. Jak więc mamy to zrobić?”

Cały tekst znajduje się na stronie Tygodnika Powszechnego.

25.03.2019
PAWEŁ PIENIĄŻEK