Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

27/06 — 03/07 2022

fot. Robert Jesionek
Galeriafot. Robert Jesionek

Wywiad powstał w ramach projektu Studnia, który Pamela Bożek przygotowuje w programie Generatora Malta. Artystka, na podstawie wywiadów przeprowadzonych z przedstawicielami i przedstawicielkami organizacji pozarządowych oraz organizatorami i organizatorkami inicjatyw niezależnych w Polsce, tworzy raport artystyczny poświęcony zbiórkom publicznym na budowy studni w krajach Afryki – zostanie opublikowany 21 sierpnia. Ostatni etap Studni będzie miał formułę partycypacyjną: po zapoznaniu się z danymi zawartymi w raporcie publiczność festiwalu będzie miała możliwość oddania głosu na wybraną zbiórkę na budowę studni w Afryce. Inicjatywa, która zgromadzi największą liczbę głosów, otrzyma część budżetu produkcyjnego projektu. Głosowanie odbędzie się online oraz w ramach wystawy Woda jest tobą, na którą Bożek przygotowuje ekspozycję podsumowującą projekt. Głos będzie można oddać mięszy 24 a 6 sierpnia. 

PRZECZYTAJ RAPORT
ODDAJ GŁOS

Zachęcamy także do lektury wywiadu nr 2 z Ryszardem Łuczykiem.

Pamela Bożek „Studnia” / wywiad 1 / Robert Jesionek

Myśmy w ogóle nie interesowali się Afryką. Myślę, że zadziałała na nas magia osobowości ojca Silvanusa Stocka’a. Jechaliśmy autokarem na beatyfikację Jana Pawła II, a on usiadł obok nas i po dwóch godzinach powiedział: „Jedziecie ze mną do Tanzanii”. Postukaliśmy się w czoło, a miesiąc po powrocie z Rzymu zaczęliśmy organizować spotkania. Więc to magia jednego człowieka, który niesie w sobie jakąś ideę – to jest w ogóle świetna recepta na wszelki marketing, również dla tych pozytywnych idei. A jedną z tysiąca może być pomoc Afrykankom i Afrykańczykom.

Pamela Bożek: Pozwól, że na początku Cię zacytuję. Na blogu poświęconym misji w Tanzanii w 2012 roku napisałeś o studniach: Budowane przez nas, to chyba jednak nie do końca dobre określenie. Następnie ujawniłeś, jak w rzeczywistości wyglądała budowa studni. I to jest też ten temat, który od początku najbardziej mnie intrygował, a więc jak dokładnie wygląda ten proces, kto nad nim czuwa. Spotkałam się z informacją, że na przykład 60% nowowybudowanych studni głębinowych bardzo szybko przestaje działać, co oznaczałoby że odwierty są nieskuteczne, że ryzyko popełnienia błędu jest bardzo wysokie.

Robert Jesionek: Nie wiem wszystkiego na temat tego, jak powstają studnie w Afryce. Z pewnością wygląda to bardzo różnie, a ja mogę opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Myślę, że trzeba zacząć od tego, jaką misją była wyprawa do Tanzanii. Zorganizował ją zakonnik, katolicki ksiądz pochodzący z Tanzanii, który zebrał w Warszawie grupę kilkunastu osób. W większości byli to ludzie młodzi, ja zaliczałem się do tych starszych – byłem wtedy tuż po czterdziestce. Ojciec Silvanus był swego rodzaju „zapalnikiem” – to ten typ człowieka, który wpada na pomysł i go realizuje, rozdziela zadania.

Przede wszystkim nigdy nie byliśmy fundacją. Pieniądze, które zbieraliśmy przez prawie rok przed wyjazdem na misję nie były przeznaczone na nasze bilety lotnicze, utrzymanie, jedzenie czy noclegi. W całości zostały przeznaczone na pomoc tamtejszym ludziom. Wspieraliśmy kilka projektów wodnych – była na przykład studnia już wybudowana, od której trzeba było wykopać kilka kilometrów „dołka”, żeby móc nim dystrybuować wodę w inne miejsce. W czasie tego działania my pełniliśmy tam w pewnym sensie rolę ekipy zarządzającej, między innymi ze względów formalnych, bo oficjalnie nie mogliśmy pracować fizycznie. Oczywiście część osób z naszej ekipy brała się za łopaty i kopała te rowy w suchej ziemi, niemniej jednak ciężar pracy spoczywał na barkach miejscowej ludności. Co ciekawe, i to chciałbym szczególnie podkreślić – tym, co wówczas uderzało nas bardzo mocno, był fakt, że ludność Tanzanii mieszkająca w tych najbiedniejszych regionach współpracowała w sposób absolutnie zgodny, również w wymiarze wyznaniowym. Całkowicie błędne jest wyobrażanie sobie nieustającej walki chrześcijan z muzułmanami.

PB: Pamiętam taki wpis na Twoim blogu, który mnie wyjątkowo poruszył, bo sama współpracuję właśnie ze społecznością muzułmańską w Polsce i jestem przyzwyczajona do tego zgrzytu na poziomie wyznaniowym, który bardzo często utrudnia komunikację i spotkanie w ogóle.

RJ: Miejscowi nie tylko zgodnie ze sobą pracowali, ale też wspólnie świętowali. Pamiętam dobrze wioskę, z której pochodził nasz przewodnik, ojciec Silvanus. Tam studnia została wybudowana już wcześniej, więc my przyjechaliśmy wyłącznie w odwiedziny i było to spotkanie, które wspominam ze wzruszeniem. Już w drodze do wioski doświadczaliśmy gościnności jej mieszkanek i mieszkańców. Myśmy akurat tam żadnej pracy nie wykonali, ale przyjechaliśmy niejako reprezentując kraj, który kiedyś, wcześniej, wybudował tam studnię, a ona z powodzeniem działa od lat. Więc w pewnym sensie symbolicznie kojarzono nas z tamtym wydarzeniem. Pamiętam, że spotkaliśmy się wtedy wszyscy razem, również z mieszkańcami i mieszkankami okolicznych wiosek, wokół studni i każdy po kolei odprawiał własną modlitwę. W społeczności funkcjonują też mieszane rodziny. Nawet rodzona siostra naszego przewodnika, czyli katolickiego księdza, była żoną muzułmańskiego mężczyzny. W Tanzanii odbywa się to bardzo pokojowo, prawdopodobnie bardziej pokojowo niż w innych krajach Afryki. To wymieszanie kultur było widoczne podczas wszystkich projektów, które wymagały od ludzi współpracy.

PB: Opowiedz proszę o studni.

RJ: To studnia kopana niedaleko miejscowości Kondoa, na którą przeznaczyliśmy najwięcej środków. Przyjechaliśmy już w momencie, kiedy lokalni mieszkańcy zbadali, w którym miejscu studnia będzie najlepiej funkcjonowała. Nie wiem, jakie badania i w jaki sposób zostały wykonane, bo działo się to przed naszym przyjazdem. Rozpoczęto również pierwsze prace przygotowawcze.

PB: Woda z tej studni nadawała się do picia?

RJ: Była zdatna do picia, natomiast nikt nie ma pewności czy studnia będzie działać czy nie. Są takie miejsca w Tanzanii, myśmy to widzieli na własne oczy, w których stoi studnia obok studni, niemalże kilka metrów od siebie. W pierwszym momencie myśleliśmy, że to marnotrawstwo pracy, pieniędzy i całego nakładu sił, ale okazało się, że nie. Wynika to prawdopodobnie z ukształtowania terenu, który powoduje, że w jednym miejscu studnia będzie działała z powodzeniem przez długi czas, a w innym tylko przez miesiąc – dwa. Nigdy nie ma stuprocentowej pewności. Z późniejszych doniesień wiem, że te studnie, które udało nam się wykopać, działają do dzisiaj. Mieliśmy szczęście, że zostały ulokowane w odpowiednich miejscach.

PB: Kto zadecydował, że to właśnie ta konkretna wioska otrzyma studnię?

RJ: Mieliśmy to szczęście, że szefem naszej misji był Tanzańczyk, człowiek stamtąd. Co więcej, człowiek szalenie sympatyczny i otwarty, który dzięki swoim osobistym właściwościom kontaktował się z wieloma miejscami w Tanzanii. Robił to między innymi poprzez sieć kontaktów związanych bezpośrednio ze swoim zakonem, który działa również w Tanzanii. Pamiętam rozmowę, która miała miejsce w czasie odpoczynku przy studni, kiedy budowaliśmy wspomniany już – nazwijmy to szumnie – rurociąg. Osoby zaangażowane w kopanie mówiły wówczas, że jest potrzeba poprowadzenia identycznego odprowadzenia wody w przeciwnym kierunku, bo tam ludzie pokonują codziennie po kilkanaście kilometrów i więcej, żeby dostarczyć pojemniki z wodą. Potrzeby są niewyobrażalne, rozpoznanie ich nie jest trudne. Doświadczyliśmy niejednokrotnie sytuacji, że wieczorem trzeba było wykąpać się dosłownie w kubku wody.

Co więcej, wiele inwestycji wodnych, które już tam są, wymaga napraw. Jeżdżąc od miejsca do miejsca natrafiliśmy więc również na takie studnie, w których jakaś pompa uległa poważnej awarii. Na szczęście zbierając pieniądze przez cały rok mogliśmy na różne sposoby wspierać projekty wodne w kilku miejscach i przeprowadziliśmy też tę naprawę. Dokupiliśmy zbiornik wodny, który nie był wielkim wydatkiem, powiedziałbym, że były to stosunkowo nieduże pieniądze, które w tamtych warunkach przekraczały jednak możliwości ekonomiczne mieszkańców.

PB: Ile czasu spędziliście w Tanzanii?

RJ: Miesiąc. To stosunkowo niedługo, myślę jednak, że na takie projekty trzeba patrzeć nieco inaczej. Myśmy przez prawie rok przygotowywali się do tego wyjazdu – polegało to między innymi na tym, że staraliśmy się jak najwięcej dowiedzieć o Tanzanii i o Afryce. To bardzo ważne, żeby pewne elementy obcej kultury najpierw zaakceptować w sobie, a wiele z nich dla osób z Europy nie jest oczywista. Najpopularniejsze jest najpewniej pojęcie czasu, który tam funkcjonuje w zupełnie inny sposób. Tam ludzie mają po prostu czas, my mamy zegarki. I to się odczuwa w sytuacjach, w których umawiamy się na przykład na 16:00 i nawet jeśli ktoś przyjdzie o 20:00, to nie będzie żaden problem. Przede wszystkim jednak zbieraliśmy pieniądze – wiedzieliśmy, że od tego zależy bardzo, bardzo dużo.

PB: Powiedz proszę, jak zorganizowana była zbiórka.

RJ: Staraliśmy się znaleźć jak najwięcej sposobów, które by nam tych pieniędzy przysporzyły. Zebraliśmy się wokół katolickiego kościoła, mieliśmy więc łatwość, by chodzić po prostu od kościoła do kościoła, mówić jaki mamy plan i część ludzi przekazywała pieniądze do skarbonki. Myśmy przy tym śpiewali, tańczyli, trochę się wygłupiali. Ojciec Silvanus jest tak barwną postacią, że często sama jego obecność przekonywała ludzi do wsparcia. Ale nie odbywało się to tylko w kościołach. Moja żona obchodziła w tym czasie czterdzieste urodziny i zdecydowała, że zorganizuje je w formie wydarzenia charytatywnego, na które zaprosiła prawie setkę ludzi – rodzinę, znajomych, przyjaciół. Uprzedziła, że nie chce otrzymywać żadnych prezentów, a zamiast nich będzie wystawiona skrzyneczka na pieniądze. Zebraliśmy w ten sposób całkiem sporą kwotę. Kwotę, która pozwoliła nam wręcz opisać jeden z projektów farbą na zbiorniku wodnym, że jest on ufundowany przez Maję, Roberta i przyjaciół. Wykorzystywaliśmy też takie momenty w roku jak święta i wspólnie produkowaliśmy kartki z życzeniami, które później sprzedawaliśmy. To proste rozwiązania, można wpaść na dziesiątki takich pomysłów. Zebraliśmy tych pieniędzy naprawdę całkiem dużo. Nie ma sensu wozić do Tanzanii materialnych rzeczy, bo to podwyższa wyłącznie koszty transportu, a wszystko co potrzebne można kupić na miejscu.

Nasz projekt nie skończył się jednak po naszym powrocie. Po pierwsze, przez kolejny rok mój organizm bardzo dotkliwie odczuwał jego skutki, być może również z powodu wody, którą tam spożywałem. Trwał również dlatego, że przez prawie dwa lata po powrocie opowiadaliśmy z żoną w różnych miejscach o tym, co się wydarzyło. Uważam, że to też ważna część tego projektu. Spotykaliśmy się z różnymi osobami – w szkołach, w kościołach. I chociaż był to projekt związany z kościołem katolickim, nigdy nie chodziło nam o to, żeby „iść i słowami głosić Ewangelię”. Można tak przecież pomyśleć, bo cały czas mówimy o misji. Nikogo jednak nie nawracaliśmy, staraliśmy się pomóc tak, jak było to możliwe. Jak już wspominałem, bardzo dużo dzieje się w Tanzanii na styku wszystkich religii, katolickiej, islamu, protestanckiej, prawosławnej. Generalnie tam, gdzie dzieje się coś wokół jakiejkolwiek misji, jakiegokolwiek wyznania, tam mieszkańcom i mieszkankom jest lepiej.

PB: Pojechaliście do Tanzanii w 2012 roku – nie myśleliście o kolejnym wyjeździe?

RJ: Myślimy o tym cały czas, choć póki co nam się to nie udało. Powody, powiedziałbym, są banalne, prozaiczne i przede wszystkim finansowe. Podróż do Tanzanii jest dość kosztowna, a my nie jesteśmy ludźmi zamożnymi, więc nie mogliśmy sobie na to pozwolić, chociaż jest to naszym marzeniem. Nieustannie powtarzamy, nie wiem za kim, że Afrykę albo pokocha się od pierwszego wejrzenia albo znienawidzi. I myśmy ją pokochali, mówię tu w imieniu swoim i żony. Pokochaliśmy podwójnie, bo wydarzyło się tam coś ważnego dla nas osobiście. Coś takiego jak „adopcja serca” jest praktyką znaną i popularną, polega zwykle na tym, że ze zdjęć wybiera się dziecko, któremu chce się pomagać finansowo. A my, będąc przez dwa tygodnie w jednym miejscu, wiosce, w której mieścił się dom dziecka, poznaliśmy dziewczynkę, Florentynę Neemę, z którą mogliśmy spędzić trochę czasu i zdecydowaliśmy się jej pomagać. Od tamtego czasu Florentyna opuściła dom dziecka i jest w dobrej prywatnej szkole pod Kilimandżaro, gdzie się rozwija i dobrze uczy. W Afryce poza tym, że można zmienić życie pomagając ludziom dotrzeć do wody, która jest podstawą egzystencji, można wspierać też edukację i to wydaje się równie ważne.

PB: Dostęp do czystej wody jest na pewno pierwszym krokiem, bo bezpośrednio przekłada się na możliwość chodzenia do szkoły. Powiedz proszę jak wyglądał dostęp do edukacji w miejscach, które odwiedziliście.

RJ: Jeździliśmy głównie do miejsc biednych, ale takich skupionych zazwyczaj wokół misji, więc tam te szkoły istniały, a dzieci zjeżdżały się do nich nawet z daleka. Nie wszyscy rodzice mogli sobie jednak pozwolić na zapewnienie choćby fartuszka czy mundurka szkolnego, co jest punktem wyjścia do tego, by rozpocząć naukę. Woda w studniach kopanych, które spotkaliśmy była czysta, zdatna do picia, ale widzieliśmy też rzeczy straszne. Dół wśród pól, z odrobiną wody, do którego nocą przychodzą lwy i inne zwierzęta, a rano dzieci idące do szkoły czerpią wodę do picia z tego samego miejsca. Tę brudną, brudną wodę... To takie momenty, które pokazują, że warto robić takie rzeczy. Dla nas to są niemal grosze, by zdecydować się na pomoc, nawet jednorazowe wsparcie jakiegoś projektu wodnego.

Do punktów wodnych przychodzą głównie dzieci i kobiety, bo mężczyźni tego nie robią. I te wątłe dzieciaki transportują niejednokrotnie ogromne ilości wody. Osobiste zetknięcie się z tą sytuacją wpływa na zmianę myślenia o wodzie. Po powrocie – ledwie miesiącu pobytu w Tanzanii – bardzo zmieniliśmy naszą politykę użytkowania wody, choć tu w Polsce wciąż wydaje się być jej pod dostatkiem. Nauczyliśmy się jednak większego szacunku do wody, który wprawdzie czasem w nas słabnie, ale wraz z tym, gdy przypominamy sobie Afrykę i tamte doświadczenia – odżywa. Myślę, że tak zostanie w nas już do końca.

Pamiętam taką szkołę, do której prowadził ten kilkukilometrowy, wspomniany już przeze mnie wodociąg. Byliśmy tam w okresie „zimowym”, ale mimo to było strasznie gorąco. W tej szkole nie było nic poza murami, które w Polsce nie zostałyby dopuszczone do niczego, nawet do magazynowania najprostszych rzeczy. Natomiast tam była to szkoła, w której nie było ani światła, ani wody. Na samą myśl o tym, że w takich warunkach klimatycznych dzieci miały wytrzymywać kilka godzin bez wody, robi się gorąco.

PB: Pamiętam taki wpis, który łączę teraz z Twoją opowieścią o tej praktyce relacjonowania. Sam wpis dotyczył twojej refleksji nad wykorzystywaniem wizerunku mieszkańców i mieszkanek Afryki, w szczególności dzieci, które przebywają w domach dziecka, tych najbiedniejszych, żyjących w najtrudniejszych warunkach. W poście, który wspominam, dochodzisz do wniosku, że warto, dostrzegasz w tym sens. A czy w związku z tym pierwszym wyjazdem związała się jakaś grupa, która chciała działać dalej, czy przyłączały się do Was nowe osoby, albo czy może wy dołączyliście do jakiejś organizacji?

RJ: Nie, nie dołączyliśmy do żadnej organizacji i być może wynika to z pewnej mojej generalnej niechęci do organizowania się w organizacjach. Podkreślę jednak mocno, że nie mam nic przeciwko fundacjom, nam po prostu bardzo odpowiadało to, że nie byliśmy w żadnej formalnej strukturze. Dzięki temu wszystkie zebrane przez nas pieniądze zostały na różne sposoby przekazane ludziom w Afryce.

PB: W pewnym sensie nasze zaufanie do organizacji wynika z transparentności i dostępu lub nawet samej świadomości dostępu do bardzo rozbudowanej sprawozdawczości, która jednak z pewnością generuje ogromne koszty. W przypadku takich projektów jak wasz, mamy do czynienia z zaufaniem, którym obdarza się konkretne osoby. Z historią mówioną, relacjonowaniem dla tych, którzy chcą słuchać.

RJ: To bardzo afrykańskie, o czym mówisz– historia mówiona. Myślę, że każda z osób uczestniczących w wyprawie robiła dokładnie to, co ja z żoną. Angażowaliśmy bliskich i dalszych znajomych. Pewnie dlatego to zaufanie ofiarodawców do nas było na wysokim poziomie. Myślę też, że osobiste zaangażowanie, nie tylko w wodę, ale w różne projekty pomocowe, zmienia życie i to obu stron tego procesu. Jeśli jednak mówimy już o projektach wodnych, wskazałbym przede wszystkim na doświadczenie przebywania z osobami, od których różni nas wszystko – od najbanalniejszego koloru skóry, przez kulturę, język, wyznanie – to otwiera na różnorodność, uczy empatii. Są też obrazy, których nie da się już zapomnieć czy pominąć – ludzi kilometrami noszących wiadra z wodą na głowie, na ramionach.

PB: Czterdzieści miliardów godzin rocznie.

RJ: Trudno to sobie wyobrazić.

 

ROBERT JESIONEK – przez lata dziennikarz zajmujący się zarządzaniem, w dużej mierze w świecie informatyki. Przed niemal dwudziestu laty współtworzył społeczność dyrektorów IT w Polsce, był redaktorem naczelnym magazynu biznesowego, obecnie prowadzi własny portal o zarządzaniu . Łączy tę działalność z pracą etatową, w ramach której jest urzędnikiem miejskim w Warszawskim Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń, gdzie zajmuje się projektami wspierającymi w pracy nauczycielki i nauczycieli.