Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

15 lat po tym, jak powstała Fundacja Malta, z Karolem Działoszyńskim, przewodniczącym rady, i Michałem Merczyńskim, prezesem zarządu, rozmawia Kasia Tórz.

Kasia Tórz: W jakich okolicznościach postanowiliście założyć Fundację Malta?

Michał Merczyński: W 2002 r. otrzymałem od Grzegorza Jarzyny propozycję objęcia funkcji dyrektora Teatru Rozmaitości, miałem zacząć dzielić swoje życie między Poznaniem a Warszawą. Przypomnę, że Maltę organizowało wówczas Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego, a jeszcze wcześniej agencja TAFF Art i Teatr Polski. Towarzystwo proponowało mi, żeby pozostawić festiwal w ich strukturach, ale doszliśmy do wniosku, że powinniśmy się usamodzielnić.

Karol Działoszyński: Najlepszym rozwiązaniem było założenie fundacji. Chodziło o to, żeby Malta stała się niezależnym bytem, który będzie służyć Poznaniowi i jego mieszkańcom poza koniunkturami istniejącymi na każdym rynku, także kultury. W ciągu pierwszej dekady swojego istnienia Malta stała się flagowym wydarzeniem kulturalnym w mieście, mocno wspieranym prze lokalne władze, ważne było więc, żeby wszystkie przepływy nansowe między samorządem i sponsorami były transparentne. Michał Merczyński poprosił mnie o współpracę, usiedliśmy we dwóch i zaprosiliśmy do fundacji Piotra Voelkela, nieżyjącego już Jana Kulczyka i jego żonę Grażynę, która już wtedy zajmowała się kulturą w przestrzeni miejskiej i handlowej. W ten sposób powstała struktura, która jako organizacja pozarządowa mogła funkcjonować niezależnie.

MM: W latach 90. Malta dynamicznie się rozwijała. Z jednej strony organizowaliśmy nad jeziorem masowe koncerty, z drugiej – coraz więcej koprodukowaliśmy z poznańskimi zespołami, takimi jak Biuro Podróży czy Strefa Ciszy. Wtedy ze strony władz miasta, a konkretnie ówczesnego wiceprezydenta ds. kultury Jacka Łukomskiego, pojawił się pomysł stworzenia instytucji kultury o nazwie Malta. Odmówiłem. Uważałem i nadal uważam, że to zły pomysł, ponieważ miasto ma wiele instytucji, które powołało, które utrzymuje, którym wyznacza konkretne zadania. A Malta zawsze była tworem wspartym na dwóch nogach – środkach publicznych i prywatnych. Przypomnę, że pierwszą Maltę w 1991 r. hojnie wsparł Jan Kulczyk – dając połowę budżetu. Jednocześnie – o czym wielu zapomniało albo nie chce pamiętać – sprzedawaliśmy bilety. Już po trzech edycjach Malta zaczęła korzystać ze środków unijnych. W ramach programu Kalejdoskop otrzymaliśmy 30 tys. ecu. Nie wiedziałem wtedy, co to jest, unia dopiero przygotowywała się do wprowadzenia euro. Mała prywatna organizacja, jaką był TAFF Art, wystąpiła o dotację i udało się. Żeby jednak rozwijać ten rodzaj niezależności od środków publicznych, musieliśmy stworzyć strukturę, która podlega – pod każdym względem – innemu oglądowi społecznemu.

KD: Dotykamy tu bardzo ważnej rzeczy – tego, że Malta musi być konkurencyjna na tle instytucji miasta Poznania, ewoluować, szukać komunikacji z ludźmi. Cały zespół fundacji musi planować Maltę z wyprzedzeniem. Jednak żeby to robić, musi dysponować budżetem. Fundacja pomaga w transparentnym i uczciwym jego budowaniu. Przepływ pieniędzy jest coraz większy. Korzystamy ze wsparcia samorządowego, prywatnego, europejskiego, ministerialnego. Ale jest też inny kapitał – ludzkie wsparcie. Pokazało to doświadczenie ubiegłoroczne – ponad 1800 osób wzięło udział w akcji crowdfundingowej.

KT: Nigdy nie chodziło więc tylko o formalną kwestię, ale o znalezienie dla Malty formy najbardziej rozwojowej.

KD: Niezależność daje rozwój. Dlatego właśnie za dwa lata będziemy obchodzić 30-lecie Malty.

MM: Przywołam kilka przykładów. Czym jest MoMA – najbardziej znane muzeum sztuki nowoczesnej na świecie? To fundacja. Czym jest London Symphony Orchestra – jedna z największych i najwspanialszych orkiestr na świecie? Festiwal w Awinionie? Festiwal w Cannes? To także fundacje. Przykłady można mnożyć. W Polsce cały czas trzeci sektor w kulturze, który choć jest bardzo prężny, pozostaje niedoszacowany. Mówię o pewnym trendzie, nie po to, żeby narzekać. Obecne ministerstwo kultury mówi raczej o nacjonalizowaniu instytucji.

KD: Gdybyśmy nie byli fundacją, bylibyśmy uzależnieni od polityki samorządowej, krajowej. Fundacje mają na świecie swoje tradycje – dobre i złe. Dobrze prowadzona fundacja się sprawdza. Pozwala zachować największą niezależność twórczą, budować dialog ze środowiskami artystycznymi.

KT: Czy publiczna instytucja kultury tego nie daje?

MM: Przez kilka lat byłem jednocześnie szefem Fundacji Malta i dyrektorem Narodowego Instytutu Audiowizualnego (NInA). Widziałem, jaki poziom bezpieczeństwa daje publiczna instytucja kultury, a także jakie możliwości (oraz problemy) otwiera struktura fundacji. Działając w trzecim sektorze, zawsze mierzymy się z niewiadomą – czekamy na wyniki konkursów, szukamy sponsorów.

KD: Zawsze musimy być do przodu, żeby wyprzedzać konkurencję na rynku kultury. Niektórych to czasami denerwuje.

MM: Zdobywamy granty, bo mamy duże doświadczenie. Zostaliśmy też – jako pierwszy festiwal w Polsce – nagrodzeni prestiżową nagrodą EFFE – Europe for Festivals, Festivals for Europe. Po 15 latach istnienia jesteśmy organizacją, która przez cały rok pracuje. Nie tylko nad przygotowaniem Malty, lecz także odbywającego się cyklicznie festiwalu Nostalgia. Choć jeśli chodzi o skalę, to impreza skromniejsza, ma ona dla nas duże znaczenie. Organizujemy też Akademię Miasta i wiele projektów w dzielnicach Poznania, przygotowywanych we współpracy z artystami, badaczami, mieszkańcami. Mamy na koncie kilka bardzo widowiskowych projektów, wśród nich są niezapomniane dla polskiego życia muzycznego wydarzenia, takie jak np. koncert Radiohead na Cytadeli. Poza tym jesteśmy partnerem dla różnych działań. Wydawaliśmy książki, wchodziliśmy w kooperacje z innymi fundacjami. Festiwal Malta nie jest więc jedyną inicjatywą, którą zajmuje się ośmioosobowy zespół Fundacji. Miejsce, w którym rozmawiamy – loft na pierwszym piętrze poznańskiej Arkadii – to nie tylko biuro, lecz także otwarta przestrzeń, gdzie odbywają się debaty, spotkania, dyskusje. To żywe miejsce. Ostatnio spotkała się tutaj komisja dialogu społecznego.

KT: Jakie są plany fundacji na przyszłość?

KD: Większość festiwali działa sezonowo. Malta pragnie wszczepić swoją ideę w tkankę miasta. Rozmawiamy z władzami Poznania o idei budowy La Fabriki – wzorowanej na wielofunkcyjnej scenie, którą kilka lat temu otwarto przy festiwalu w Awinionie. To teatr dla lokalnej społeczności, Fundacja Malta miałaby nim tylko zarządzać. Jako festiwal udowodniliśmy swoją historią, że jesteśmy poważnym partnerem i marką miasta. urzędujący prezydent podtrzymuje próbę stworzenia tego typu miejsca.

MM: La Fabrica to nasze największe wyzwanie. Ma być przestrzenią dla sztuki performatywnej ze wspaniałym wyposażeniem, z ruchomą widownią, z najlepszą technologią, miejscem służącym nie tylko Malcie, lecz także wielu różnorodnym partnerom, przestrzenią otwartą dla podmiotów z Poznania, Polski, Europy.

KD: Poznań to miasto, w którym jest najwięcej ruchów obywatelskich. Pod tym względem nagle – tak jak na początku lat 90. – znowu stajemy się liderem. Jako fundacja jesteśmy otwarci na współpracę z nimi i stale – przede wszystkim w Generatorze Malta – pogłębiamy relację z organizacjami działającymi na rzecz lokalnej społeczności i jakości życia w mieście.

KT: Jaka jest perspektywa czasowa realizacji La Fabriki?

MM: Prezydent Jędrzej Solarski pokazał nam kilka lat temu potencjalne miejsca, gdzie La Fabrica mogłaby powstać. Najbardziej podobała nam się Bogdanka. Stoimy jednak przed poważnym wyzwaniem – stworzenia budżetu z różnorodnych środków. Perspektywa unijna – ta, w której ramach budowało się od zera instytucje kultury za pieniądze europejskie i wkład własny – już nie istnieje. Dziś można wnioskować o środki na rozbudowę lub remont istniejącego budynku. Jest jeszcze mechanizm norweski, ale w tej chwili został wstrzymany przez Norwegów z uwagi na działania naszego rządu, który próbuje znacjonalizować ten dopływ środków. Jakiś czas temu Karol wpadł na pomysł zorganizowania akcji społecznej, w której poznaniacy wsparliby budowę La Fabriki. Skoro w XIX w. zbudowaliśmy sobie sami Teatr Polski, to może i dziś by się udało? Wkład własny zebralibyśmy od poznaniaków wierzących w sens takiego przedsięwzięcia.

KD: Cały czas chodzi o ideę niezależności. 30 lat do czegoś zobowiązuje. Tak jak Generator Malta od kilku lat wbija totem w pl. Wolności, tak La Fabrica byłaby totemem wbitym w Poznań. Chcielibyśmy powiedzieć: oto przestrzeń teatralna, którą oddajemy w służbę poznaniakom. Jeśli ta idea znajdzie wśród nich wsparcie, to będzie żywa i naturalna, zadziała.

MM: Malta to nieustanny skok w wiarę. Zawsze powtarzam, że jestem w Malcie od A, ale na pewno nie będę do Z. Niezależnie od tego, czy budynek powstanie, czy nie, wierzę, że Malta pozostanie wehikułem do transferu idei.

Poznań, 16 maja 2018 r.